Skip to content

KAZIMIERZ BRAKONIECKI

Dziennik berliński. Dzień jedenasty

Na Kurfürstendamm, do czasu zjednoczenia wizytówki handlowej i głównego deptaku zachodnioniemieckiego Berlina. Teraz to typowa ulica wielkiego miasta. Niedaleko wymarzony cel handlowych zakupów: Kaufhaus das Westens (trochę ludzi wchodzi i wychodzi). Jestem przy Tauentzienstrasse z pasem zieleni, ławkami, rzeźbami przedstawiającymi niedźwiedzie (godło miasta). Po mojej lewej ręce w dali kościół symbol wojny — żywa ruina: Kaiser-Wilhelm-Gedächtniskirche
z dobudowaną nowoczesną wieżą (a w niej antywojenna wystawka). Najważniejsza tu rzeźba to Berlin z 1987 roku w kształcie wielkich rozmiarów złączonych i rozłączonych łańcuchów. Nikt nie przeczuwał, że za dwa lata będzie po murze, po rozłamie, po wszystkim.

Mały obiad w restauracji „Oscar’s” przy Corneliustrasse 7 (za Budapesterstrasse) nad brzegami małego kanału. Zapomniałem o Szprewie i licznych kanałach. Bufet sałatkowy i woda mineralna. Widać ładną boczną uliczkę. Jest prasa, bar kawowy, stylowe mebelki, wystawione butelki wina, przytulnie. Idę wzdłuż potężnego kompleksu budynków ministerstwa obrony. Wsiadam w autobus 200. Następnie znów pieszo. Ociepliło się. Berlin coraz bardziej przypomina mi Wrocław i Szczecin (tyle kanałów, podobnych mieszczańskich kamienic, ułożonych podobnie ulic; może też i te ślady wojny, we Wrocławiu ohydnie zabudowane na starówce socjalistycznymi blokami). Ostatecznie nie były to miasta polskie. Pruskie też późno się stały. Kultura niemiecka rosła tutaj w sprzyjającej atmosferze innych władców (pomorskich, piastowsko-śląskich, czeskich, austriacko-haubsbursko-wielkoniemieckich). Cóż, teraz my mieszkamy i cieszymy się tymi miastami, z których tak blisko do Pragi, Drezna, Berlina. Jestem na rogu Torstrasse i Chaussestrasse. Tu spotykam Esterę Ullmann-Goertz, kiedyś z Naumburga, od lat kilkunastu z Berlina (enerdowskiego i postenerdowskiego), idziemy razem na cmentarz Dorotheenstädtischer Friedhof. Groby Hegla, Brechta, Fichtego, Seghers, H. Manna, Schinkla. Nieśmiertelna dawka trupich znakomitości. Kawiarnia w domu Brechta. Wspominamy wspólnych przyjaciół, poetów, rok 1981 w Naumburgu, tę smutną jesień 2001 roku, kiedy umarła moja mama, a Estera z mężem właśnie u nas przebywali z krótką wizytą. Jako kochani niemieccy pastorzy pomodlili się za jej czystą, piękną duszę, która była tak polskokatolicka. Kiedyś w okresie nerwowych poszukiwań duchowych próbowałem przejść na protestantyzm, aby pozbyć się tego katolickiego baroku obrzędowego, tych polskich odpustów, rytuałów, materializacji i pychy kleru, ale zrezygnowałem, nie tylko dlatego, że w każdym autentycznym wyznaniu można dojść do oświecenia i życia etycznego, ale dlatego, że zrezygnowałem świadomie z kulturowo-obyczajowej tradycji i zachowań ludzi świętej Księgi (Tory, Koranu, Biblii). To nie dla mnie, ja na zawsze pozostanę outsiderem, wędrowcem, poszukiwaczem, drogowcem na drodze, drzewem chodzącym za swoim cieniem.

Pamiętam spotkanie w 1981 roku w Naumburgu z jej ojcem, Wolfgangiem Ullmannem, który był pastorem o socjalistycznych przekonaniach, wykładowcą historii kościoła we wschodnim Berlinie, aktywnym uczestnikiem ruchu protestu w 1989 roku w enerdowskim Kościele luterańskim, po zjednoczeniu politykiem — posłem do Bundestagu, następnie europejskiego parlamentu w sojuszu z partią Zielonych. Dowiedziałem się ku mojemu zadowoleniu, że sprzeciwiał się budowie jakiegokolwiek ośrodka przeciwko wypędzeniom w Berlinie. Estera, na pewno pod wpływem ojca, bardzo wcześnie, bo już pod koniec lat 70., brała udział w ruchu pokoju (pracując w Polsce w ramach akcji pokuty), nauczyła się polskiego, a od 1986 roku wraz z mężem Joachimem Goertzem włączyła się, już jako pastorka, w działalność grupy „Solidarny Kościół”, „Solidarische Kirche” — wpływ naszej Solidarności. W NRD, gdzie nawet odstający od oficjalnego życia intelektualiści opowiadali się za (bardziej reformistycznym to prawda) socjalizmem, wydarzenia polskie z tego okresu przez dłuższy czas bardziej niepokoiły niż zachęcały do naśladownictwa.

Teraz rozmawiamy o literaturze. Estera nadal pisze wiersze, pracuje w instytucji polsko-niemieckiej zajmującej się sprawami rodziny. Jej siostra w okresie stanu wojennego przysyłała nam przez kilka dobrych lat ubranka po swoich synkach. Bardzo to nam pomogło. Brat jest kompozytorem (i to „trudnej muzyki”). W 1987 roku ukazała się w Berlinie nieoficjalna antologia tekstów wschodnioniemieckich autorów o Polsce zatytułowana „Oder” (po polsku to zarazem nazwa rzeki Odry oraz słówko „albo”). Estera opublikowała w niej wiersz Marsz słowiański. W zachodnim mieście do śmierci mieszkał Benn, trochę Grass i nieco dłużej Enzensberger (uczestniczący w tutejszych manifestacjach i demonstracjach nowej lewicy i wydarzeniach 1968 roku). We wschodnim szczególnie utalentowana była enerdowska generacja poetycka skupiona w latach 60. wokół słynnego poety i pieśniarza, dysydenta Wolfa Biermanna („Lyrikwelle”), która miała nadzieję na zmiany w systemie (dzięki również ich twórczej aktywności). Od 1976 roku (kiedy Biermanna pozbawiono obywatelstwa NRD i nie wpuszczono do kraju) rozpoczęła się znacząca emigracja enerdowskich pisarzy do RFN, w tym do Berlina Zachodniego (Sarah Kirsch, Kurt Bartsch, Thomas Brasch). Christa Wolf pozostała pisarką najżywiej w prozie reagującą na rzeczywistość. Ostatnim utalentowanym poetą wschodnioberlińskim stał się w latach 80. Uwe Kolbe, który silnie interesował się polską Solidarnością. Tyle się dowiedziałem. W antologii poezji niemieckiej w wersji francuskiej znalazłem kilka lat temu wiersz Uwe Kolbego poświęcony zmarłemu w 1997 roku Allenowi Ginsbergowi. Podobne uczucia wzbudził i we mnie ten wielki poeta żydowsko-amerykański. Nie chodziło mi wówczas (a opublikowałem ten wiersz w 1986 roku) o zwykły i naturalny w podziwie hołd mistrzowi, ale o refleksję przeskakującą historię, kontynenty i pokolenia, ponieważ Ginsberg urodził się w tym samym roku co mój ojciec (1926). A nic ich nie łączyło. Nie mogło nawet połączyć. Tacy wybitni wschodnioniemieccy autorzy, jak Christa Wolf, Stefan Heym, Günter de Bruyn, Volker Braun, Peter Hacks, Heiner Müller stracili po 1990 roku status i taryfę ulgową „wschodniemieckości” i są uważani za pisarzy po prostu niemieckich.

— A Johannes Bobrowski — zapytałem. — Czy się go pamięta? Tego Wschodnioprusaka, który po wojnie i niewoli osiadł w Berlinie (radzieckim)? Bo w naszej, i to niewyłącznie tylko regionalnej, tradycji literackiej jest to pobudzający do myślenia pisarz i poeta wielokulturowej i pogranicznej Ziemi Pruskiej, wyimaginowanej bałtycko-niemiecko-słowiańskiej Sarmacji. No i tzw. dobry Niemiec, wyrażający mniej lub bardziej wykrystalizowane literacko wyrzuty sumienia.

— Nie, zapomniany całkowicie. To nazwisko nie funkcjonuje.

— Szkoda.

Jako że otwarte pisanie o tematyce wschodniopruskiej było zabronione w NRD, dopiero w 1984 roku ukazał się reportersko-wspomnieniowy utwór dziennikarki Elisabeth Schulz-Semrau zatytułowany Suche nach Karalautschi — Report einer Kindheit (W poszukiwaniu Karalautschi — Reportaż z dzieciństwa; Karalauczi to w języku litewskim nazwa Królewca/Königsberga). Basili Kerski, szef opiniotwórczego, polsko-niemieckiego pisma „Dialog” wydawanego w Berlinie, tłumaczył mi przez telefon, że Johannes Bobrowski jest wznawiany i nadal ceniony, ale może nie przez współczesnych, postwschodnich Niemców (Ossich). Może bardziej jako poeta niż prozaik?

Powiada się, że to wiejski (chociaż nie tylko) nauczyciel oraz pastor wykonali wielką robotę narodową dla zjednoczenia Niemiec (przez Prusy), ale także wprowadzili nacjonalizm oraz ksenofobię do każdego domu prusko-niemieckiego. O słynnych filozofach (jak Fichte i Hegel z ich wizją państwa) albo historykach (jak Treitschke z jego sloganem: „Żydzi są naszym nieszczęściem”) nie wspomnę. Ale to jedna strona obrazu, ponieważ byli i inni pastorzy (chociaż w mniejszości), w tym o przekonaniach lewicowych. Jednak rygorystyczny moralnie protestantyzm, surowy w obyczajach oraz restrykcyjny wobec pokus wolności indywidualnej, sprzyjał narodzinom osobowości autorytarnej, co na pewno nałożyło się na taki, a nie inny ruch identyfikacji narodowej i kulturowej (hierarchiczność społeczna, umiłowanie poddaństwa osobistego, uwielbienie sukcesów w pracy jako realizacji posłuszeństwa wobec Prawa i symbolu Wspólnoty Wybranej do lepszego życia, megalomania, rygoryzm, kompleks niższości przykrywany butą wobec uznanych za słabszych ludzi i narodów). Ale uwaga: córką pastora była Esther Ullmann, która w NRD opowiedziała się za akcją pokuty za niemieckie winy oraz uczestniczyła w kościelnym ruchu na rzecz liberalizacji reżimu enerdowskiego. Córką pastora była Gudrun Ensslin z grupy terrorystycznej Baader-Meinhof. Córką wschodnioniemieckiego pastora jest obecna kanclerz zjednoczonych Niemiec. Ale to skomplikowana historia, w ogóle Niemcy to skomplikowani ludzie! Kolejna uwaga: Hitler przecież był austriackim katolikiem! Tak, to nieco zmienia postać rzeczy. Hitler początkowo widziany był jako niegroźny błazen, szaleniec, a potem jako narodowy szaman, prorok jednej Germanii. Jego energią była nienawiść (do samego siebie również). Brak miłości w dzieciństwie to brak dobrej samooceny i nieprzystawalność do rzeczywistości, co wywołuje gniew, żal, upokorzenie. Jednym słowem resentyment, który w tym jednostkowym przypadku potwierdzony został masowym resentymentem wynikłym z klęski wojennej, upokorzeniem, zranieniem dumy narodowej oraz katastrofą gospodarczą. Okrutne i irracjonalne sprzęgnięcie losów. A Lenin i Stalin? A Mao i Pol Pot? A tylu innych?

Jak niektórzy powiadają: wielkie narody stać na wielkie czyny, więc i na wielkie złe czyny. I nikt ich nie pyta po zwycięstwach, po podbojach, po wielkich dziełach kultury, jakim i czyim to odbyło się kosztem. Dwudziestowieczni przestępcy-wodzowie o tym doskonale wiedzieli, ruszając w imię nienawiści na podbój świata albo przynajmniej własnego narodu. I każdy z nich opętany był misją cywilizacyjną, w której idea narodowa, klasowa, rasowa nakładała się na ideę Europy urozmaiconą obozami pracy, zagłady, zsyłką, pomnikami i muzeami.

Wychowałem się na polsko-niemieckim (polsko-warmińsko-mazursko-pomorskim) podwórku, na historii antyniemieckiej, na serialach patriotycznych, na opowieściach rodziców i kolegów. Historia prywatna nie odpowiadała tej oficjalnej, państwowej. Jednym uczuciem z okresu dorastania nie podzieliłem się chyba dotychczas z nikim. Na filmach, dokumentalnych i fabularnych przedstawiano armię niemiecką (oddziały paradujące przed notablami nazistowskimi lub w zwartym szyku idące na front) jako niezwykle sprawną, zgraną, zjednoczoną maszynerię do zabijania. Jakby ci ludzie tworzyli jedno ciało i jedną myśl. Ich walenie buciorami w bruk, ich wyniosła, zwycięska postawa, krzyki ich władców, łopocące sztandary, dodatkowo i szalona muzyka, wszystko to wywierało na mnie piorunujące wrażenie. Bałem się Niemców, ich scalonej siły, nienawidziłem potwornie, zdumiewało mnie nasze nad nimi ostateczne zwycięstwo (dzięki niepokonanej Armii Radzieckiej), ale jednocześnie rodziła się we mnie jakaś niezdefiniowana fascynacja, uczucie jakiegoś brudnego podziwu dla tej bezwzględnej i doskonałej mocy, co w rezultacie naruszało moją psychikę, co następnie doprowadziło do głębokiego przekonania, że nigdy nie dopuszczę do tego, aby stać się ofiarą, żeby ktoś mnie, moją matkę zabił, żeby ktoś mój naród zniszczył, że my, Polacy, musimy mieć taką samą silną armię, takie samo silne i zjednoczone państwo, żeby dać opór odwiecznym wrogom, żeby żadne obce państwo nas nie sprowadziło więcej do statusu niewolnika, szmaty, trupa. Myślę, że podobne odczucia (albo i bardziej gwałtowne, a na pewno bardziej świadome) towarzyszyły obywatelom państwa izraelskiego, którzy musieli zmierzyć się z traumą zagłady, aby przetrwać we wrogim arabskim środowisku.

Oranienburger Strasse, nowa synagoga (wybudowana w 1866 roku w stylu mauretańskim, uszkodzona w listopadzie 1938 roku w czasie Kryształowej Nocy, zbombardowana i teraz w części odbudowana). Zaglądamy do środka. Podobno to była największa synagoga w Niemczech. Jesteśmy w dawnej dzielnicy żydowskiej. W II połowie XIX stulecia zaczęła się niezwykła asymilacja niemieckich Żydów. W tym czasie było ich w II Rzeszy około 600 tysięcy. Tysiące z nich brało sobie za współmażonka/ę rodowitego Niemca/Niemkę. Wszyscy dumni byli z kultury niemieckiej i identyfikowali się z nacjonalizmem niemieckim. To nie byli zacofani, tradycyjni, pogardzani Żydzi wschodnioeuropejscy, ale zamożni reprezentanci wysokiej klasy średniej. Postępowi, wielkoniemieccy, wpływowi — elita kraju. A przecież rak antysemityzmu już toczył Niemcy dzięki plebejskim nauczycielom, duchownym, pismakom, intelektualistom, wojskowym. Lud walczył o swoje i za dobrą monetę brał przedstawiany mu nieustannie wizerunek wroga i głównego sprawcy jego niedoli oraz upadku ojczystych ideałów. Berlińscy Żydzi, niepodobni w niczym do Żydów ze wschodniej Europy, na początku II wojny światowej wywożeni byli do getta w Łodzi, skąd transportowano ich na okrutną śmierć.

Ruch na ulicach się zwiększa. Puby i knajpy powoli się zapełniają. Rozstajemy się przy stacji Hackescher Markt. Zaczyna się wieczorne życie. W zasadzie ani teraz, zimową porą, ani latem czy wiosną, kiedy też odwiedzałem Berlin w tych ostatnich latach, nigdy nie odniosłem wrażenia, że Berlińczycy żyją w jakimś wyjątkowym pośpiechu, że jest to metropolia owładnięta pędem irracjonalnego wyścigu pracy. Muszą pracować, to jasne, ale samo miasto, w odróżnieniu od ciężko przemysłowego, zaharowanego, zapracowanego, dumnego, pruskiego Berlina z przełomu XIX i XX w., na swoich ulicach nie nosi stygmatu zajeżdżonej na śmierć harówą i kosmicznym ruchem, nerwowym zabieganiem o swój status histerycznej metropolii. Moja żona, z którą w Berlinie spędziłem u Estery i Joachima dwa tygodnie w sierpniu 2001 roku, uważa że Berlin jest imponujący, ogromny, ciekawy jako miasto, ale jednocześnie nie jest sympatyczny, lekki, radosny. Zbyt dużo tu ponurych „głazów pamięci” i posągowości. Ja z drugiej strony obserwuję żywiołową, swobodnie ubraną młodzież, której duch zdaje się być mocno anarchistyczny.

Outsider Wilsona miał swoich protoplastów. Może Wilka stepowego Hessego, może łazika miejskiego Waltera Benjamina, a może obcego (Fremde) Georga Simmela, całkowicie zasymilowanego niemieckiego Żyda, socjologa z początku XX stulecia. Analizując status „obcego, który był zarazem w środku i z boku” stworzył nowoczesny portret nomady (tak jak poeta Baudelaire w połowie XIX w.), który — w tym konkretnym historycznym czasie uwalniania się Żydów z wiekowych ograniczeń — jako jeden z wielu przygotowywał scenerię dla rewolucjonisty, buntownika, obcego, wyzwolonego i wyzwalanego podmiotu swoich czasów (stąd potem stwierdzenie „Wiek XX — wiek Żydów”, wolnych nomadów walczących o nowy, wolny świat). No i Obcy Camusa, który zabija bez powodu Araba. Ale czyż dobrowolnym obcym nie stał się św. Paweł, który — będąc Żydem — założył kosmopolityczną sektę chrześcijańską, składającą się początkowo z samych odrzuconych Żydów? To zasiane w Jezusie-Bogu zmartwychwstałym ziarno równości ludzi oraz eschatologiczne ziarno nadziei — związanej z przyszłością zbawionego człowieka — popchnęło z czasem europejską historię na drogę wiary w radykalną zmianę tu na ziemi, teraz, zaraz, naszymi rękami, które modlą się i pracują tak skutecznie.

Borges na swoim kamieniu grobowym kazał sobie wyryć takie zdanie w staroangielskim: „And Ne Forhtendan Na”. Nie ma się czego bać. Powtórz i to: „Si vis vitam, para mortem”. Nie ma się czego bać, idę spać. W niemieckim łóżku kosmopolitycznym. Ciekawe, kto w nim wcześniej spał. A jakiś wybitny pisarz musiał tu spać! Bachmann? Utalentowana córka esesmana z Austrii. Herta Müller, utalentowana córka esesmana z Rumunii. Pod okiem Bertolda Brechta?

cdn.

Kazimierz Brakoniecki (ur. w 1952 r.) – olsztyński poeta, pisarz, tłumacz poezji francuskojęzycznej, animator kultury, kurator wystaw sztuki polskiej XX wieku, współzałożyciel i jeden z liderów pisma, stowarzyszenia oraz fundacji Wspólnota Kulturowa „Borussia”. W latach 1995-2018 dyrektor samorządowego Centrum Polsko-Francuskiego Côtes d’Armor Warmia i Mazury w Olsztynie. Otrzymał m.in. nagrodę im. Stanisława Piętaka (1991), paryskiej „Kultury” (1996), Ministra Kultury (2002), Laur UNESCO (2007), Literacki Wawrzyn Warmii i Mazur (2008). Ostatnio opublikował: tom prozy Historie bliskoznaczne (2008); książki eseistyczno-podróżnicze: W Bretanii (2009), Dziennik berliński (2011), Notes kurlandzki (2017), Dziennik olsztyński (2022); dziennik literacki Cudoziemiec (2018) oraz tomy wierszy: Ciałość (2004), Europa minor (2007), Glosolalie (2008), Obroty nieba (2010), Chiazma (2012), Terra nullius (2014), Amor fati (2014), Obrazy polskie (2017), Erodotyki (2018), Twarze świata (2019), Oumuamua. Atlas wierszy światologicznych (2022), Lekcja poezji dla zaawansowanych (2023), Ostre Bardo (2025).

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści