Skip to content

GRZEGORZ WOŹNY

***

Z tektury na półtorej milimetra lub więcej rozwarstwiam resztki lasu.
Kroki zaszyte w drzewach wypuszczam na wolność.
Może źle kaligrafuję: cień liści, szept, głosy przeszłości. Kamień
spod Ślęży wybieram z obcej dłoni. Ciężką jak deszcz
łyżeczką mieszam obecność minerałów
lub samą nić labiryntu.

Nie podpowiadaj bielizny, koronek, fiszbin,
wystruganej nuty Norwida. Na poduszkę
nie kładź piersi. Odmawiam dekoracji.
Jeleń z rykowiska rozszarpie echo. Czekając na egzekucję,
szukam nowego znaczenia. Czy grudka śmierci rodzi się w kapuście?

 

***

Mówił, że dwie ręce są potrzebne twoje,
uda lub lepiej rozwieś na dworze prześcieradła.
Tak się dowodzi ciszy, jak nać pietruszki, jak zmarszczki kwiatów
w krysztale świeża woda. I wyżej,
gdzie spotkasz kota przez filtr poranka.

Plazma wciąga naszą obecność. Zrozumiem podmuch wiatru. Porady,
że zabierze cię jak widokówkę. Choć nikt już nie zbiera skorupek
po przecinku. Upał nadaje się na zdanie. Kwiaty na szydełku i wszystko
w płuca, to, czego już nie nadepniesz.

 

***

Pędzel pustułki, narzędzie zbyt krótkie na rozmowę.
Ceramiczny stół naszej jadalni, drapieżna przestrzeń,
na której osiadają wspomnienia.
Na nim nie wybudujesz gniazda. Dużą gałęzią
nie obniżysz lotu, choć obiad podany jak należy:
masło, chleb, jajko, rytuał codzienności,
pięścią obrane macierzyństwo.

 

***

W słoneczny dzień, kiedy zakończyłem mówienie
w kierunku piasku, skóra napięta jak ucho nietoperza
wchłaniała żar. Wiklinowe siedzisko odciskało swoje tętno, znak
rytmicznego istnienia. Z martwych mówię, przyznaję rację
zainteresowanym mewom, albatrosom, tyś jedyna
spośród siedmiu. Piosenka niewiele większa rozpiętością skrzydeł.
Natłuść mnie, małżonko, owiń w całus,
zanim z ziaren usypiesz nade mną górkę.

 

***

We śnie jestem jak strzała
wbita w kolana; dziecinnie
zakończona musztra,
trampolina odbijająca się od ciszy.
W twoim kierunku — radio
wstydliwych modlitw szepcze;
łza, która jeszcze nie odpisała
na nagłówki gazet, pęka, rozbija się
o perłową masę wspomnień.
Sztuka szczęścia i ten miły chłopiec
w skórze cytryny. Znałem wyłącznie słowo:
„początek”. Żeby być bliżej dna,
skończyłem filiżankę, modne kawałki
szkła ciążyły. Od poduszki zaczyna się
twoje istnienie lub niżej,
spod gruntu otwierasz oczy.

Grzegorz Woźny (ur. w 1975 r. w Świdnicy) — poeta, prozaik. Studiuje malarstwo na Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu. Wydał tomy wierszy: Chlebem nie popchniesz posiłku (2015), Miejsca stojące (2013), Landszaft. Wiersze z lat 1999-2009 (2010), Każda godzina zdatna do picia (1999) oraz tom prozy Nit (2011).

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści