GUSTAW RAJMUS
Ogrody. 2
IV.
To co później, myli mi się i plącze. Wspomnienia są rozmazane, fakty wraz z chronologią niejasne. Odizolowano mnie od reszty i szkolono w zamku. To dziwadło sprowadzone z lasów podawało mi jakieś specyfiki, po których długo wymiotowałem. Moje ciało zaczęło się zmieniać, skóra blednąć. W którymś momencie przestałem czuć łaknienie. Zatrzymałem się na dwudziestej którejś wiośnie, przestając się starzeć, bo moje tkanki zrastały się z misternym pancerzem, jaki mi podarowano: wyglądałem niczym starożytni strażnicy krypt królewskich uwiecznieni na rycinach kronik — warunek, aby to zachować, był jeden — miałem nigdy nie opuszczać murów zamku.
Król w tym czasie degenerował się. Rozpad fizyczny dokonywał się na oczach zszokowanego ludu. Jedynie Starszego i mnie wpuszczano do jego cuchnących komnat, gdzie pomału zmieniał się w oślizgłą breję z brodatą, wyniszczoną twarzą. Przedstawiciel innej rasy, widząc go w tym stanie, zarekomendował budowę filaru, w którym król tkwi do teraz — już nie żywy wedle dawnych zasad, lecz niepotrafiący umrzeć.
Plotki roznosiły się po świecie jak zaraza. Stroniono od nas. Dostojnicy świątynni wysyłali do stolicy śledczych inkwizytorów chcących zbadać sprawę oraz, w razie czego, dopomóc w walce o duszę miłościwie panującego, lecz zostawali odprawiani z kwitkiem lub zbrojnie. Król dążył do ostatecznej izolacji, zamykając swoje dzieci w murach niepewności, rozpaczy i kazirodztwa. W ciągu trzech pokoleń dynastia przestała istnieć, ludność w popłochu opuściła stolicę, tajemniczy doradca odebrał swoją zapłatę, nie w kruszcu, lecz księgach z sekretnej partii archiwum, i opuścił progi zamczyska. Zostaliśmy tylko my dwaj plus garstka najbardziej wiernych (czy raczej niewiedzących, co z sobą począć) gwardzistów. Na rozkaz najjaśniejszego pana którejś nocy po prostu ich wyciąłem. Od tego momentu nastała cisza, w której wspólnie obserwowaliśmy zmieniające się pory roku, jedyny objaw czasu, jaki mógł nas dotknąć.
Życie z królem nie jest proste. Z każdym miesiącem wypacza się i szydzi. Wpatrzony w te kilkanaście kroków przed sobą, w których zawiera się cały jego świat — ogrodowy widoczek, zatapia się coraz mocniej w sobie i zatraca wszelkie pozory normalności. Jestem dla niego kpiną i odpadem dawnej potęgi. Grozi mi, że potężne zaklęcie wyryte wprost na mięśniu mojego serca natychmiast obróci mnie w pył, jeżeli tylko przekroczę granice ruin.
Po tym rozpoznaję jedyny zachowany bastion człowieczeństwa swojego władcy — lęk przed samotnością.
On mnie przecenia. Przecenia wolność, którą widzi we mnie. Ja sam, wybrany na służbę, trzymam się jej. Niepewny, co czeka poza granicą dotykalnego świata, odwlekam swój los. Bo czy naprawdę można być nieśmiertelnym przybocznym gwardzistą nieśmiertelnego ludzkiego monarchy?
Śmiem wątpić. W dawnych opowieściach nawet bogowie musieli płacić jakąś cenę za możliwość bycia.
A cóż dopiero my.
V.
Lubię przeglądać się w ocalałych zwierciadłach. Ta zbroja to dzieło sztuki. Jestem w niej dokładnie tym, kim nie jestem. Z siebie pamiętam najbardziej przerażoną młodość, pot zlepiający włosy pod srebrzystym hełmem, ojca, który zbladł, kiedy wybrano mnie na służbę.
Nie potomstwo wydałem na ten świat, lecz mogiły.
Odwracam się do odbicia plecami. Nadszedł czas na niezliczony już patrol.
VI.
Pamiętam pierwszego z nich. Włóczył się po komnatach, a ja robiłem obchód, znużony, bez nadziei, że ktoś tu kiedykolwiek zawita. I wtedy usłyszałem szept.
On mówił do siebie. Miał odrapaną, pękniętą skórznię, hełm typowy dla knechta, wielki miecz dwuręczny. Zarośnięta twarz zdradzała znamiona obłędu i okrucieństwa. Musiał dużo przeżyć, skoro sam do siebie gadał. Trudno mi było rozpoznać, skąd przybył. Kręcił się niespokojnie po pomieszczeniach, po prostu wyrzucając zawartość szafek na podłogę. Szukał łupów.
Jeżeli istniały jakieś pogłoski na temat zamku, nie zraziły go.
Spokojnie wyszedłem naprzeciw. Zawahał się tylko przez moment. Wymamrotał coś, błyskawicznie dobył ogromnego ostrza i ruszył na mnie. Był profesjonalistą. Od razu domyśliłem się, że wpierw siecze, później pyta.
Czułem w nim strach, porządnie ukryty. Nie mogło być inaczej w opustoszałych ruinach, wieczorową porą, kiedy widzi się kogoś w tak archaicznej, majestatycznie nieporęcznej zbroi.
Odskoczyłem przed zamaszystym cięciem i wepchnąłem klingę wprost w uszkodzony punkt skórzni. Trafiłem w płuco. Nieznajomy zacharczał, krew poszła z ust. W jego oczach zabłysła rozpacz.
To był mój pierwszy zabity, pierwszy pochówek wraz z pierwszym zasadzonym krzewem.
To był mój pierwszy raz.
VII.
Przez następne dziesięciolecia wysłałem tuzin śmiałków na tamten świat. Byli wśród nich: łowca czarownic, świeżo pasowany rycerz, podstarzały żołnierz z południowych krain, rabuś, wojownik zakonny ze wschodnich marchii, przedziwny, przypominający kobietę chudzielec, potrafiący fechtować dwiema małymi szablami.
Interesowała ich grabież. Żaden nie zważał na mnie, nie spodziewał się kogoś takiego w tym miejscu. Może bali się mogących przebywać tu banitów, maruderów po jakichś wojnach, o ile te niedaleko wciąż wybuchały, możliwe, że spodziewali się duchów, ale nie tego.
Lubiłem ich strach. To była rzadka oznaka życia w tym miejscu, nie licząc wybuchów królewskich szyderstw.
Jakieś dziesięć wiosen temu przybyli goście zmieniający reguły dotychczasowych rozrywek — grupa łowców wampirów. Musieli zebrać jakieś informacje, połączyć fakty i uknuć plan. Byli zorganizowani, uzbrojeni zarówno w oręż, jak i symbole kultów religijnych; przybyli grupą pięcioosobową. Dowódca nosił pełną zbroję wraz z pięknym wilczym futrem, pozostali stawiali raczej na gibkość ruchów, kusze oraz ostre krótkie miecze.
Tym razem łupy ich nie interesowały. Interesowałem ich ja, a być może nawet król.
Dopiero wieki od upadku stolicy mogłem na własnej skórze w pełni doświadczyć czym jestem — tym razem w trakcie obchodu to ja wpadłem w pułapkę najeźdźców. W szczeliny zbroi powbijali celnie wystrzelone bełty, zdzielili mnie potężnym mieczem, poharatali, wgniatając starożytny krój zbroi. Żeby nie tajemne zaklęcia wyznaczające mój rytm, byłbym umarł.
Z obolałym ciałem, uszkodzonym przez nagły atak, drżącymi rękoma ostatecznie dobyłem miecza i przyniosłem im dokładnie to, co poprzednim. Potrzebowałem całej nocy, aby dokończyć dzieła, ponieważ jeden ze strzelców skrył się w trakcie walki. Z życiem pożegnał się o świcie w opustoszałych, kuchennych komnatach.
Przemogłem ich, a byli przygotowani na krwiopijców, co zdradził mi dokument odnaleziony przy dowódcy, z pieczęciami arcykapłanów oraz hierarchy naczelnego świątyni cesarskiej, która za moich czasów stanowiła bogate, dalekie, maleńkie księstwo.
W ten sposób poznałem ledwie cząsteczkę historii świata, z której zostałem wypisany.
Obcięte głowy zaniosłem jego wysokości, aby obdarował je szlachetnym pocałunkiem ku chwale kolejnych dzieł botanicznych.
— Królu, jeżeli nie wampirami jesteśmy, to kim? Strach pomyśleć, że najszlachetniejsi z nieumarłych mogliby polec z ręki tych zbrojnych… — odważyłem się zagaić, na co odpowiedział mi cyniczny rechot ciemności absolutnie zapatrzonej w samą siebie.
VIII.
Pozostawała jeszcze kwestia koni. Nigdy nie były uwikłane bezpośrednio w potyczki. Gdy zabijałem właścicieli zwierząt, odnajdowałem je i prowadziłem do dawnych stajni. Ani razu nie musiałem wychodzić poza zamek, albowiem przywiązywano je na terenie posiadłości. Zastanawiałem się, czy łowcy wampirów nie pozostawili swoich zwierząt gdzieś w lasach aby się nie zdradzać. Na to nie miałem już wpływu.
Tamte dokarmiałem, wyprowadzałem i pasłem na zarośniętym dziedzińcu. Wilki nigdy nie podchodziły pod mury ruin. Być może to coś mówi o naszej naturze.
Bez odpowiedniej paszy wierzchowce umierały, piękne i ufne. Zrobiłem im osobny cmentarz, który pielęgnuję bez narady z władcą.
Codziennie siadam czy to w stajniach, czy na wybiegu, obserwując swoich jedynych, żywych kompanów. Całe dziesięciolecia potrafię być pozbawiony tego widoku. Lecz kiedy mam okazję, odczuwam chyba coś, co można nazwać przyjemnością.
IX.
Król mamrocze coraz szybciej i głośniej. Prawie nie śpi. Praktycznie nie można z nim rozmawiać. Pomału staje się jednym z wiecznością, jaką zaproponował mu (nam?) Starszy.
Po raz pierwszy zastanawiam się, co będzie ze mną, jeżeli mój suweren utraci zdolność kontaktowania?
Co będzie z ogrodem?
X.
Tylko krok oddziela mnie od świata. Zerkam z podwórza zamkowego w stronę nocy rozlewającej się po majaczącym w oddali lesie.
Jeden krok, by sprawdzić wszystkie groźby.
Jeden krok, by wypowiedzieć służbę panu i czasowi.
Przełykam ślinę, chcę poruszyć nogą, lecz myśl zmienia kierunek. Coś nadchodzi od strony drzew. Idzie tu wraz z szumem wiatru. Noc gęstnieje, wytężam wzrok.
To nic. Nic takiego.
Odwracam się, rozpoczynając wieczorny obchód.
Gustaw Rajmus (pseudonim; ur. w 1987 r. w Szczecinie) – autor krótkich form literackich. Absolwent Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Szczecińskiego. Mieszka pod Szczecinem. Publikował w: „e-eleWatorze”, „Fabulariach”, „Latarni Morskiej”, „Nowym Napisie”, „OkoLicach Strachu”, „Twórczości” i „Wyspie”. Wydał zbiory opowiadań »Dwie Historie« i inne historie (2023), Królestwa (2025) i Angst (2026).
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved