KAZIMIERZ BRAKONIECKI
Dziennik berliński. Dzień dwunasty
Długo zwiedzałem muzeum żydowskie na Lindenstrasse (Kreuzberg) — kolejna nieskazitelnie przygotowana ekspozycja o Holocauście (na wzór amerykański) i o historii Żydów w Niemczech, w tym czasy powojenne. Dużo zwiedzających. Muzeum można pozazdrościć. Dziwnie zygzakowata bryła, nieregularna, twarda, lecz jakby waląca się. Wąskie, długie, pocięte szczeliny okienne też nie otwierają tej arki-trumny na świat. Architektem jest Daniel Libeskind. Nienawiść niemiecką do Żydów trudno racjonalnie wytłumaczyć. Tym bardziej że stanowili oni najwartościowsze warstwy społeczeństwa. Ustalono, że na 70 milionów Niemców jedynie 2,5 tysiąca pomagało w czasie wojny Żydom, a 455 z nich otrzymało potwierdzony status Sprawiedliwych wśród Narodów Świata. Za pomoc tutaj nie groziła kara śmierci jak w Polsce, lecz więzienie lub w najgorszym razie obóz koncentracyjny. I nikt tym zresztą nawet po wojnie się nie chwalił. Holocaust Turm — Wieża Holocaustu. Dochodzi do niej mimo wszystko szum miasta, stoimy w jej wnętrzu w kilka osób, niby uwięzieni, ale, co zrozumiałe, trudno się skupić. Niemiecka wina umuzealniona. Ale czy byś wolał, żeby została zapomniana, odrzucona, zbezczeszczona? Jednak w tym bogactwie eksponatów i pomysłowości nowoczesnej na ożywienie „tematu” zagadany jest główny problem — sama Zagłada i niemiecka zajadłość, a może lepiej ostateczność w jej wykonaniu. Do doskonałego, jak się okazało, wykonania Zagłady tradycyjny antysemityzm nie wystarczył. Totalitarne państwo musiało zastosować nowoczesne, przemysłowe, anonimowe zasady organizacji pracy, wydajności i skuteczności, które zastosowane niejako obojętnie (emocje zostawia się słabym i gorszym) w sposób technicznie doskonały zlikwidowały Problem, postawiony Cel, historyczną Przeszkodę utrudniającą zrealizowanie Utopii, ludzkiego Szczęścia, Germańskiej Europy, aryjskiego Ideału.
Teza o wyjątkowości Holocaustu jest podstawą polityki historycznej państwa izraelskiego. Był to niemiecki, państwowy mord przemysłowy wymierzony przeciwko całemu narodowi żydowskiemu, czyli zaprojektowana metodycznie i do końca przeprowadzana zagłada, a nie czystki etniczne, emocjonalnie wykonana zbrodnia wojenna przeciw ludzkości. Nowoczesna eksterminacja, a nie euforyczny mord zbiorowy. Dlatego ta zbrodnia nazywa się Szoah, Holocaust, a nie po prostu ludobójstwo, czym w sumie była. Zawsze tak uważałem, chociaż ostatnio coraz częściej powątpiewam w ten sakralny, niepowtarzalny i jedyny w dziejach świata wymiar Holocaustu, i nie wiem, czy to dlatego, że nie podoba mi się polityka Izraela na palestyńskich obszarach okupowanych, czy dlatego, że coraz więcej wiemy o innych ludobójstwach (na Ormianach, Tutsi, Kambodżaninach), czy też dlatego że nie podoba mi się sposób przedstawiania przez Izraelczyków lub Żydów amerykańskich Holocaustu jako wszystko tłumaczącej, zideologizowanej mantry, zezwalającej na kłamstwa historyczne (np. ukrywanie obojętności amerykańskich Żydów w okresie zagłady Żydów europejskich), handlowanie winą, ofiarą, przemocą w celu stosowania represji wymierzonej w innych pariasów, obcych, czyli głównie Palestyńczyków (nieustanna kolonizacja ich terytorium).
Co do polskiej winy w okresie II wojny światowej, to wynikła ona z ekonomicznego i nacjonalistycznego, wieloletniego antysemityzmu oraz odwiecznego antyjudaizmu uprawianego otwarcie przez Kościół katolicki. Trzeba podkreślić, że nie był to w żadnym razie państwowy współudział w ludobójstwie niemieckim (przypadek Węgier, Francji, Rumunii). Nie była to wina państwowa, bo państwa polskiego nie było, lecz haniebna wina niektórych warstw i środowisk społecznych oraz konkretnych (niestety licznych) morderców antyżydowskich (nie wyłącznie biednych, chciwych i okrutnych chłopów) w okresie okupacji hitlerowskiej, np. w Jedwabnem, Radziłowie, Wąsoszy czy Szczebrzeszynie. Katów nie spotkała po wojnie odpowiednia kara sądowa, ostracyzm społeczny ani tym bardziej wina moralna, bo zło splecione zostało z… postulowanym dobrem (walka o „nasze polskie państwo”) w tragicznym dla Polski okresie historii (udział Żydów w komunistycznym aparacie sowieckim, a potem polskim). Społeczeństwo ofiar (polskich) nie chciało, nie potrafiło uznać, że na jego oczach doszło do Ofiary jeszcze większej (obywateli polskich pochodzenia żydowskiego). W okresie międzywojnia to były dwa obce, żyjące obok siebie społeczeństwa (i wspólnoty) w jednym słabym, staczającym się w autorytaryzm kraju, który poddany został ekstremalnemu nieszczęściu spowodowanemu agresją dwóch wielkich totalitaryzmów: niemiecko-hitlerowskiego i sowiecko-rosyjskiego. Nikt by się w takich warunkach nie sprawdził jako święty (naród), a przecież tacy święci i odważni ludzie znaleźli się w Polsce we wszystkich środowiskach (więcej ich było u nas niż na Litwie, Ukrainie, Francji, Niemczech itd.). Żaden naród, żadna wspólnota, żadni idealizowani teraz Żydzi, żadni idealizowani od lat Polacy, nie sprawdziliby się i nie sprawdzili się w terrorze totalnej wojny jako idąca na śmierć ręka w rękę (mit braterstwa wobec śmierci) wspólnota zagłady, bo to było, jest i będzie niemożliwe. Mógł dokonać tego Korczak, ale nie tysiące Korczaków. Więcej było obojętnych niż katów, fakt. Ale winni nie są jedynie Niemcy czy Litwini, Węgrzy czy Rumuni, mordercy. Winni śmierci setek, a i może i kilku tysięcy polskich Żydów jesteśmy my, Polacy i tę nieprzedawnioną winę musimy przyjąć i głośno, świadomie ją wyznać. Nie po to, aby się pomniejszyć, ale po to, aby powiększyć nasze dobro moralne, naszą wdzięczność za to, że mamy wolne i demokratyczne państwo. Nie po to, aby oddać nasze domy i ziemię potomkom zlikwidowanych na polskich ziemiach przez aparat niemieckiej przemocy polskich obywateli pochodzenia żydowskiego, ale po to, aby uhonorować ich tysiącletnią obecność pomiędzy nami, aby uznać ich wielki wkład w naszą kulturę i cywilizację. Tajemnicza, niedoceniona, zohydzana i okłamywana istota polsko-żydowskiej miłości-nienawiści już na wieki pozostanie przykryta zasłoną z całunu Auschwitz czy Treblinki, które zostały wybrane na obozy śmierci europejskich i polskich Żydów przez państwo niemieckie (a nie polskie).
Rzecz szczególna: ostatnio coraz częściej polska prawica, ta światlejsza, przyznaje zamordowanym przez niemieckich, ukraińskich, litewskich hitlerowców Żydom polskim prawo do prawdy historycznej i moralnej oraz optuje za walką Izraela o przetrwanie w morzu nienawiści arabskiej, natomiast lewica, na wzór zachodniej, boczy się na współczesnych Izraelczyków, oskarżając ich o rasistowskie metody walki z Palestyńczykami. Niepokoi mnie ta ironia historii: bo żadne państwo nie jest niewinne. Ja jestem za indywidualnym i krytycznym osądem, ale na pewno jedno wiem i stosować to chcę również do Polski i do Izraela: ofiara może stać się w sprzyjających warunkach katem. Niestety. Nic na zawsze. Izrael nie ma już taryfy ulgowej. Stracił niewinność. Jest państwem posługującym się przemocą jak wszystkie inne. Wykorzystuje Zagładę do represyjnej polityki państwowej.
Przyglądam się sobie, czy nie staję się, oceniając siłowe postępowanie państwa izraelskiego wobec terytoriów okupowanych, jakimś takim ukrytym neoantysemitą, ja, który przez lata wyznawałem filosemityzm, głosząc się zwolennikiem jednego, nieistniejącego niestety realnie, społeczeństwa polsko-żydowskiego, którego symbolem był, jest i będzie Adam Mickiewicz? Mam nadzieję, że nie! Jako asemita jestem w porywach gniewu i bólu antysyjonistą, czyli przeciwstawiam się polityce izraelskiej opartej na pojęciu nienawiści, segregacji rasowej i religijnej. Na szczęście Izrael jest państwem demokratycznym, więc niemałe są nadzieje, że zwyrodniały syjonizm, fundamentalizm religijny ani rasizm nie zwyciężą, bo wtedy nigdy pokój nie zapanuje w tej części globu, a może nawet stamtąd wyjść wielka wojna światowa (Izrael-Iran, a potem pójdzie skokowo).
Od prehistorycznych czasów człowiek zabija człowieka. Plemię morduje plemię. Naród wyniszcza inny naród. Zmieniają się jedynie możliwości techniczne. Agresja jest w genach i solidarność wspólnotowa jest w genach, a kultura narodowa dopełnia tę przypadłość gatunkową, która jest widocznie ceną za opuszczenie bezpiecznego Gniazda Nieświadomego Istnienia. Zawsze ktoś był pierwszą ofiarą, potem szło łatwiej. I tak po Czyngis-chanie, po Inkwizycji, po nocy św. Bartłomieja, po niewolnictwie, wymordowaniu całych afrykańskich plemion, po zbrodniach hitlerowskich i stalinowskich, po ludobójstwie na Tutsich, tak, idzie nam coraz łatwiej.
Za Simone Weil przyjąłem, że nie ma czegoś takiego, jak święty naród wybrany, jedyna religia objawiona, klasa wybrana i uprzywilejowana, jakikolwiek cel w historii i Bóg w historii, którzy mają prawo ode mnie żądać ofiary, nienawiści, miłości, zemsty, wojny. Niemcy zastosowali, jak i Rosjanie, jak wcześniej Hebrajczycy, prawo ideologii religijnej albo religii politycznej do eksterminacji tych, którzy nie mieli swojego (silnego) Boga, Partii, Ojczyzny, Prawa, Idei, którzy stanęli w poprzek świętej, wojującej historii imperium, którzy nie chcieli poddać się woli (zwycięskiej) Historii, Państwa, Religii, Wyższej Cywilizacji. Biblia i Koran są takim zapisem krwawych zmagań przykładowego plemienia (ludu) o wielkość, która zaślepia etykę i rozum. Bo tak bóg kazał, bo tak I sekretarz kazał, bo tak wódz kazał, fűhrer Bestii i Furii Plemiennej. Taki świat, taką religię, taką ideologię, takie księgi i traktaty odrzucam. Tako rzecze Simone Weil. Syjonizm, nacjonalistyczny ruch żydowski walczący o swoje państwo w Palestynie, miał takie samo prawo do istnienia jak nacjonalizm polski dążący bohatersko do odbudowania państwa polskiego. Ani lepszy, ani gorszy. Odrzucam każde państwo zbudowane na idei odrzucenia, wykluczenia bez względu na motywy. Totalitarna III Rzesza była rasistowskim państwem narodowym, totalitarny Związek Radziecki komunistycznym państwem ideologicznym, a Izrael obecnie przekształca się w rasistowskie państwo religijne, które stopniowo pozbywa się wartości demokratycznych w stosunku do uznanych za wrogów żydowskich Arabów i Palestyńczyków. A ci rekompensują sobie porażkę oraz upokorzenie w niekontrolowanej nienawiści. Koło się zamknęło. Mur się zamknął. Kto jest w getcie i przez kogo wybudowanym? Powody są ogólnie znane, ale nie usprawiedliwiają zła. A prawda jest i pozostanie bólem fizycznym. Nie ma nadziei na pokojowe rozwiązanie. Izraelski Mur stoi, grozi, zawłaszcza tereny palestyńskie krok po kroku. A kiedyś stał mur w warszawskim getcie, który by można nazwać Ścianą Płaczu XX wieku. Człowiek niczego się nie uczy z historii.
Idę Wilhelmstrasse, byłą stolicą tysiącletniej III Rzeszy, która przetrwała 12 lat. Idę pokojowym Berlinem i boję się o przyszłość. Psychodrama polegająca na oczyszczającym przeżyciu tragedii II wojny światowej zakończyła się. Całe narody i społeczeństwa ponownie z przyjemnością (lepiej być bezpiecznym niż wolnym, swoim niż obcym) poddają się perwersyjnej tresurze nacjonalistyczno-religijno-ideologicznej. Również i w Europie, ale nie ona jest zagrożeniem dla świata po raz pierwszy od wieków. Ale to, co mnie smuci najbardziej, to zsuwanie się Polski w stronę państwa konserwatywnego, w którym prawicowe partie wraz ze „spolegliwymi politykami o osobowości klerykalnej” demontują społeczeństwo obywatelskie, do niedawna tak zaangażowane w nowoczesne i epokowe przemiany.
Martin-Gropius-Bau. W pobliżu Topografia Terroru na gruzach budynku Gestapo i SS. (Topographie des Terrors). Dawna Prinz-Albrecht-Strasse. Tutaj powstanie muzeum. W odgrzebanych celach, w jednej z nich więziono torturowanego Bonhoeffera jesienią 1944 roku (być chrześcijaninem to być w świecie, być aktywnym i odpowiedzialnym za drugiego człowieka, za historię; cierpienie Jezusa zobowiązuje nie do wiary w dalekie bóstwo, lecz w bliźniego, który cierpi), wystawa fotogramów z okresu hitleryzmu poświęcona strukturom aparatu przemocy.
Pomimo zmęczenia jadę do Ostbanhof, a stamtąd Műhlenstrasse docieram do osławionego East Side Story. To odrestaurowany w czerwcu 2000 roku całkiem spory kawałek muru, cały wymalowany, stojący wzdłuż Szprewy od strony byłej NRD. Na jego końcu bazarowy kicz. Tu i ówdzie jeszcze można kupić fragmenty muru, ale żadnej gwarancji nie ma, że są to oryginalne jego kawałeczki. Na całym świecie są rozproszone i pokazywane resztki muru (od Afryki Południowej, Gwatemali i Argentyny przez Izrael i USA po Koreę Południową). W samym Berlinie pozostało, a raczej ustawiono ponownie w różnych miejscach, półtora kilometra muru. A liczył sobie wcześniej 155 km. W oficjalnym nazewnictwie NRD mur graniczny, który powstał w 1961 roku (początek prac 13 sierpnia 1961 — założenie zasieków z drutu kolczastego, budowa samego muru potrwała dłużej i rozwijała się w czasie), nie istniał, mówiło się o granicy. Ponad sto trzydzieści osób zginęło, próbując przedostać się przez zasieki i ściany muru do Berlina Zachodniego do 1989 roku.
Od strony zachodniej teren koło muru był niezamieszkany, domy opuszczone, w końcu zapełniane przez tureckich imigrantów (np. w Kreuzbergu), artystów, anarchizującą młodzież. Był malowany, upstrzony wręcz malowidłami, co od strony wschodniej nie było możliwe. Ustanowiono kilka przejść w centrum miasta, z tego najsławniejszym stał się Checkpoint Charlie. Mur nie przeszkodził policji politycznej NRD, osławionej Stasi, kontrolować nie tylko lewicującą elitę RFN i Berlina Zachodniego, nie tylko terrorystyczne i lewackie grupy, ale i zachodnioniemiecką policję. Nie wiem, gdzie mieściły się budynki Stasi, a przecież i w nich można by było umieścić kolejną topografię terroru (tym razem komunistycznego). Inna sprawa, że we wschodnioniemieckiej policji, wojsku, sądownictwie, szkolnictwie (podobnie jak i w RFN) pracowało wielu byłych funkcjonariuszy NSDAP. Kiedyś widziałem szokujące dane statystyczne, ale nie będę sprawdzać. W każdym razie denazyfikacja i tu, i tam okazała się czystą formalnością. W 1989 roku Stasi poza własnymi funkcjonariuszami (w tym 91 000 oficerów) liczyła 189 000 tajnych i ochoczych współpracowników.
Muru nie ma, ale pozostał w głowach. Podobno około 40% byłych obywateli NRD uważa, że za komuny żyło się lepiej (była praca, stabilizacja, bezpieczeństwo socjalne, sukcesy sportowe). Ossis doskwiera uczucie, że od upadku muru i zjednoczenia Niemiec są obywatelami drugiej kategorii. Cieszący się ogromnym sukcesem w Niemczech film Wolfganga Beckera Good Bye Lenin! z 2003 roku świetnie tę nostalgię pokazał. W 1970 roku NRD, licząca 17 milionów mieszkańców, zajmowała dziewiąte miejsce w światowej produkcji przemysłowej, 70% ludności posiadało telewizor, 56% lodówkę, 15% auto. Tyle dane statystyczne. Ja dobrze pamiętam naszą przemysłową potęgę za czasów ekipy I sekretarza PZPR Edwarda Gierka, która szybko skończyła się epoką kartek na cukier, a potem na wszystko. Ukochany przez naszych przywódców przemysł ciężki! NRD z zapałem dążyła do pełniejszej realizacji projektu państwa socjalistycznego w dobrych i złych przejawach (od wczasów pracowniczych i udogodnień dla rodziny oferowanych przez zakłady pracy po permanentny nadzór Stasi). Niechętnie patrzyła też na buntującą się Polskę — w 1980 i 1981 roku zdecydowana była na wymarsz do słowiańskiego sąsiada wraz z innymi wojskami Układu Warszawskiego w celu obrony socjalizmu. Nie chcę sobie nawet wyobrażać, co by było, gdybyśmy ten socjalistyczny wehrmacht zobaczyli na polskich ulicach! Masakra! Tak czy owak otwarcie w latach 70. granicy pomiędzy Polską a NRD, kiedy można było z pieczątką w dowodzie przejść granicę, zwiększyło nieformalne kontakty (nie tylko handlowe i bazarowe) wschodnioniemiecko-polskie. Chociaż taki Niemiec nie był w naszych oczach pełnym Niemcem, ale tym gorszym, pomimo sukcesów w sporcie, pomimo tego że wiersze i artykuły pisaliśmy na wschodnioniemieckich maszynach do pisania, a w mieszkaniach często stały wschodnioniemieckie, elektryczne maszyny do szycia. Trabanty i Wartburgi z polskimi rejestracjami też jeździły po naszych wąskich drogach.
Przejścia w murze zostały otwarte późnym wieczorem 9 listopada 1989 roku (pełniej po dwóch dniach euforii 12 listopada), kiedy z ust sekretarza KC SED Günthera Schabowskiego padła informacja o podjęciu przez komunistyczną partię i rząd NRD ustawy zezwalającej na swobodny wyjazd obywatelom NRD do Niemiec Zachodnich, więc i do Berlina. Mur rozebrano doszczętnie dopiero pod koniec II połowy 1990 roku. Właściwe obalenie żelaznej kurtyny dzielącej Niemcy i Europę na dwa wrogie obozy nie zostało ani przygotowane, ani wykonane niemieckimi rękami (chociaż nie można zlekceważyć determinacji enerdowskiego społeczeństwa w 1989 roku w dążeniu do zmian na widok tego, co się działo w ówczesnej Polsce i na Węgrzech), lecz głównie radzieckimi (Gorbaczow z pierestrojką miał tu znaczenie przełomowe), polskimi (nie tylko przez Solidarność), czeskimi, węgierskimi, amerykańskimi.
Amerykanie budują mur na granicy z Meksykiem, stoi mur na Cyprze, w Kaszmirze, pomiędzy dwiema Koreami, w Izraelu, na granicy Maroka. Każdy mur jest inny, a zarazem taki sam — ma odgrodzić swoich od obcych. Ma odstraszać, dzielić, zamykać. Upokarzać. Państwo izraelskie zamyka w getcie Palestyńczyków, co jest wyjątkowo bolesną ironią historii. Chyba to nie jest bez znaczenia, że 9 listopada 1918 roku proklamowano Republikę Weimarską, ale również 9 listopada 1923 roku Hitler ze swoimi zwolennikami rozpoczął pucz monachijski (późniejsze święto państwowe), a 9 listopada 1938 roku zaatakowano Żydów w całych Niemczech podczas tzw. Kryształowej Nocy.
W filmie Wima Wendersa o aniołach i ludziach berliński mur jest wszędzie obecny. Cyrkowa woltyżerka, która jest osobą tu obcą, mówi: w Berlinie (Zachodnim) nie można zabłądzić. Zawsze trafi się na mur. Jako przebitki pokazywane są dokumentalne zdjęcia z wojennego Berlina, efekty bombardowania, trupy, zgliszcza. Chodzimy ze starszym panem i niewidzialnym aniołem po nieistniejącym, a raczej istniejącym jako ziemia niczyja, jako ugór miejski, dawnym Potsdamerplatzu. Anioł staje się człowiekiem, zdrowym i pragnącym spełnienia miłości mężczyzną, kiedy dociera do zakazanej strefy ze swoim towarzyszem anielskiej doli-niedoli. Są tu wieże strażnicze, widać strażników samych, całą fortyfikację tej granicy. Nagle obserwujemy, jak pojawiają się ślady pozostawione przez niego na ziemi i jest to znak utraty anielstwa, co naraża go na niebezpieczeństwo — przebywa przecież pomiędzy dwoma murami, w strefie silnie strzeżonej. Film może niezbyt atrakcyjny, literacki, lecz na pewno interesujący z racji dokumentalnych. Takiego Berlina już nie ma.
Wieczorem. Zawsze jestem wzruszony, gdy znajduję sentencje lub linijki wierszy z frazą, że „nie ma się czego bać”. Tym razem dotarłem w książce The songlines Bruce’a Chatwina do sceny spotkania i pożegnania z oryginalnym, żyjącym na bezludziu ojcem Terencem. Ubrany w brudną, kiedyś białą sutannę, mieszka samotnie w ubogiej chatce na wybrzeżu Morza Timorskiego. Pewnego razu, kiedy oddawał się ulubionemu nurkowaniu w morzu, o mało nie rozszarpał go rekin żarłacz. Następnego dnia obudził się wolny od tego przerażenia i w ogóle od lęku przed śmiercią. Popłynął w to samo miejsce, rekin opłynął go i odpłynął. Ojciec Terenc na pożegnanie Chatwina wypowiedział to zdanie, to moje ulubione zdanie (więc ja się boję?): „Nie bój się!”. Wziąłem je do swojego lękliwego serca. Groza, groza, groza! Nie boję się. Nie ma się czego bać! Jestem zdrowy, natchniony, świadomy i wolny.
cdn.
Kazimierz Brakoniecki (ur. w 1952 r.) – olsztyński poeta, pisarz, tłumacz poezji francuskojęzycznej, animator kultury, kurator wystaw sztuki polskiej XX wieku, współzałożyciel i jeden z liderów pisma, stowarzyszenia oraz fundacji Wspólnota Kulturowa „Borussia”. W latach 1995-2018 dyrektor samorządowego Centrum Polsko-Francuskiego Côtes d’Armor Warmia i Mazury w Olsztynie. Otrzymał m.in. nagrodę im. Stanisława Piętaka (1991), paryskiej „Kultury” (1996), Ministra Kultury (2002), Laur UNESCO (2007), Literacki Wawrzyn Warmii i Mazur (2008). Ostatnio opublikował: tom prozy Historie bliskoznaczne (2008); książki eseistyczno-podróżnicze: W Bretanii (2009), Dziennik berliński (2011), Notes kurlandzki (2017), Dziennik olsztyński (2022); dziennik literacki Cudoziemiec (2018) oraz tomy wierszy: Ciałość (2004), Europa minor (2007), Glosolalie (2008), Obroty nieba (2010), Chiazma (2012), Terra nullius (2014), Amor fati (2014), Obrazy polskie (2017), Erodotyki (2018), Twarze świata (2019), Oumuamua. Atlas wierszy światologicznych (2022), Lekcja poezji dla zaawansowanych (2023), Ostre Bardo (2025).
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved