Skip to content

KRZYSZTOF WACŁAWIEC

Osiem dni w jedną ponurą noc [fragment 7]

 

7

Alfred, zadowolony ze swojego młodego ciała, wybiegł na podwórko. Krótkie spodenki uwierały go w kroku, a biała koszula w drobne prążki pachniała kulami na mole. Bose stopy, nieprzyzwyczajone do biegania bez butów, wyczuwały każdy drobny kamyczek. Na podwórku spotkał inne dzieci, grające szmacianą piłką. Powiedział, jak ma na imię, i przyjęli go do jednej z drużyn. Świeże letnie powietrze piekło w płucach, nie mógł się nim nasycić. Wera zatrzymała się i przyglądała im z radością. Słońce, które na chwilę wkradło się na dziedziniec, ogrzewało jej policzki. Szybko odeszła, gdy z domu wyszła gospodyni. Poszła na targ, by wymienić srebrne łyżki na pieniądze i kupić, co trzeba.

— Baw się grzecznie — zawołała. — Będę niedługo!

Gospodyni zatrzymała się wpół drogi i długo za nią patrzyła. Podeszła do rozpiętych między ścianami sznurów i postawiła ciężki kosz na ziemi. Ścierką obtarła zmechacony sznur i poczęła rozwieszać kalesony i wełniane pończochy. Sznur był powiązany z wielu krótkich porwanych kawałków. Dlaczego? Trudno uwierzyć, że nie znalazł się ani jeden dłuższy odcinek. A może ktoś go celowo pociął i powiązał z jakiejś nieustalonej przyczyny. Bielizna zakrywała kołtuny rozciągniętego i pierzastego boa; była porządna, nie należała do gospodyni, bo jej ubrania były w opłakanym stanie. Również dzieci biegające po podwórku wyglądały jak hałastra obdartusów.

Alfred szybko zapomniał o Werze, biegał jak szalony, już kilka razy się wywrócił. Nieprzyzwyczajony do biegania, miał kłopoty z opanowaniem swojej gibkości. Nie wyrobił na zakręcie i zatrzymał na ścianie.

— To twoja matka? Taka młoda? — zapytała nowa koleżanka.

— Nie, siostra — odpowiedział, rozcierając potłuczone biodro i pobiegł za piłką.

Rząd bielizny równo naszpikowany drewnianymi klamerkami naprężył wiązadła i kręgi śpiącego boa, wygiął go w regularny łuk. Praczka z ruskim papierosem w ustach patrzyła pustymi oczami na dzieci. Nagle krzyknęła:

— Rózia, do domu! — a jej głos był jak burza.

Rózia zatrzymała się w pół kroku na jednej nodze i skręciła bez słowa do drzwi sieni. Miała krótką sukienkę, tak krótką, że widać było majtki.

— Ale teraz jest nas już o dwoje mniej — poskarżył się chuderlawy chłopiec z kędzierzawą czupryną na głowie, kapitan drużyny przeciwnej. Wskazał na Alfreda. — Ty idziesz do nas, będzie po równo.

— Nie — zaprotestował piegowaty kapitan jego drużyny. — Weź dziewczynę! Nie będę w drużynie z samymi dziewczynami.

Pociągnął głęboko nosem i splunął wyzywająco na ziemię.

— Nie to nie — odpowiedział chuderlawy. Zastanowił się i wskazał na dziewczynę stojącą z boku. — Ty, gruba, do nas!

Dziewczyna spuściła głowę i ze łzami uciekła do domu.

— Ja nie mogę. — Chuderlawy wzruszył ramionami. — Teraz jest nas za mało.

Podniósł piłkę i rzucił w kąt podwórka.

— To moja. — Piegowaty pobiegł za piłką. Gdy wrócił, zapytał: — Co robimy?

— Bawmy się z chowanego — powiedział Alfred, ale dzieci nie przyjęły jego propozycji z entuzjazmem. Jeszcze niedawno musiały się chować naprawdę.

Praczka schowała peta do kieszonki w fartuchu, schyliła się po kosz, stęknęła przy tym żałośnie i poczłapała bosymi nogami do sieni. Przed wejściem zatrzymała się i długo zaglądała do bramy w oczekiwaniu, że coś może się jeszcze wydarzy. Ale nic nie chciało się wydarzyć, nawet furmanka się nie przetoczyła. Wróciła do domu, do dzieci, które ciągle strofowała, i do wiecznie pijanego męża inwalidy. „Wszyscy oni już nie żyją”, pomyślał Alfred.

Gra skończona. Krótko naradzili się, co robić dalej, a że kiszki grały im marsza, szybko ustalili, że idą do piekarni. Gdy wyszli z bramy, skrzyżowanie mijała właśnie kolumna wojskowych ciężarówek. Siedzący na ławkach w odkrytych ładowniach żołnierze wesoło śpiewali Kalinkę. ZiS-5 i Studebakery głośno warczały, koła ślizgały się na kamiennej drodze, bruk zdawał się jęczeć pod ich naciskiem. Jechały pełnym pędem, jeden za drugim skręcały, nie zważając na przechodniów, którzy stali pod ciągle jeszcze zamkniętym zakładem krawieckim przy ulicy Dworek. Musieli poczekać, aż kolumna przejedzie, a tymczasem dzieci ominęły skrzyżowanie drugą stroną drogi i skręciły w Raciborską, przechodząc obok dopiero co otwartego zakładu metalowego. W piekarni wyprosili po kilka pierniczków. Piekarka dawała je im chętnie, bo dzieci w tych powojennych czasach były prawdziwym skarbem. Sama pod sercem nosiła taki swój skarb, nie pierwszy raz. Ciepło zrobiło się jej właśnie tam, pod sercem, gdy widziała kilkoro radosnych dzieci. Alfredowi przypomniał się smak dzieciństwa — korzenne i gorące pierniczki parzyły w usta, słodkie same spływały do żołądka. Poczuł się małym chłopcem, którym w zasadzie był. Pomyślał o Werze. Chciał wracać, ale koledzy przekonali go, żeby poszedł z nimi nad stawy. Kilka pierniczków nie zaspokoiło dziecięcego głodu. Tam jedli „masło”, jak któryś z nich nazwał końcówki pałek rosnących przy brzegu. Wyrywali je z łodyg, na ich końcach były miękkie żółtawe kawałki, smakowały trochę jak trawa i były delikatne jakby kremowe. Alfred dokładnie obejrzał i powąchał łodygę, zanim spróbował. Chuderlawy przyglądał mu się spod kędzierzawej czupryny, szyderczy uśmieszek zagościł na jego twarzy.

Alfred ugryzł, przeżuł kilka razy i połknął, papka stanęła mu w gardle. Wykrzywił usta.

— Obrzydliwe — ocenił.

— Długie zęby! — skomentowała stojąca obok niego dziewczyna, wzięła z jego ręki łodygę i skończyła ogryzać.

Wszyscy chrupali jak króliki. W ustach Alfreda pozostał nieco cierpki, a zarazem słodkawy smak. Po chwili wydał mu się znośny, a nawet przyjemny. Wyrwał nową łodygę i śmiało ugryzł większy kawałek. Już nie zdawał mu się obrzydliwy. Zasmakowało mu: „u dołu całkiem miękki i delikatny, im wyżej tym twardszy i chrupiący”, ocenił.

— Dobre — powiedział, patrząc po wszystkich. Odpowiedziały mu mruknięcia.

Gryzł i połykał jak inni, cicho i bez słowa. Usiedli w trawie, blisko brzegu. Żaby głośno rechotały, ukryty w wysokiej trawie bocian przyglądał się im z dystansu; czekał, aż intruzi sobie pójdą. Zabrzęczał komar i usiadł na ramieniu, zanim wcelował swoją kłujkę, szybkie klaśnięcie przecięło linię jego natrętnego życia.

— Skąd ta nazwa: masło? — zapytał Alfred, strzepując pstryknięciem zgniecione ciało komara.

— Znikąd — odparła dziewczyna.

— Zawsze tak się to nazywało — wyjaśnił chuderlawy.

— Nigdy dotąd czegoś takiego nie jadłem — zagadnął Alfred. Pragnął rozmowy jak kania dżdżu, ale odpowiedziało mu następne klaśnięcie.

Zaczął się prawdziwy nalot komarów. Mimo to dzieci obgryzały łodygi w najlepsze i nie przejmowały się nimi. „Jest staw, są i komary”, pomyślał Alfred i już miał podzielić się swoją mądrością, gdy spojrzał po towarzyszach i uświadomił sobie z żalem, że on nie jest naprawdę dzieckiem jak oni. Wszedł głębiej do stawu po następną pałkę, stopy zatopiły się w miękkim i zimnym mule. Chwycił pałkę. „Masła nie widać z zewnątrz, a ono cały czas jest wewnątrz łodygi”, pomyślał. Pociągnął za pałkę, usłyszał głuche pęknięcie w środku łodygi i wyciągnął miękką końcówkę. Ostrożnie przesunął nogę i wszedł głębiej, tak że woda miło ochładzała jego uda. Ze smakiem zaczął gryźć i dalej rozmyślał: „Trzeba wiedzieć, że tam jest, w szczelinie pomiędzy jedną a drugą powłoką. Ukryte i tajemne, nigdy wcześniej nie widziane”. Stopy zagłębione w mule zdrętwiały od zimna, poczuł mrowienie przenikające wyżej, do kolan. Pomału wyszedł z wody, ostrożnie podpierając się o gałąź; bał się, że przez odrętwienie nóg straci równowagę. „Wtedy wszyscy będą się ze mnie śmiali”. Usiadł gdzie wcześniej. Obok na trawie leżała dziewczyna, podciągnęła długie nogi, a chuderlawy zaglądał jej z ukosa pod spódniczkę. Alfred to zauważył. Dziewczyna kręciła palcem loki na głowie i zmrużonymi oczami obserwowała niebo.

— Patrz — powiedziała. — Ten obłoczek wygląda jak statek.

— Wcale nie — odparł chuderlawy, nie odrywając oczu od jej kolan. — Wygląda jak ogromny baran.

— Ty jesteś baran — spojrzała na niego i obciągnęła spódniczkę niżej. — I świnia!

— Jaki tam statek. To czołg, o, tu ma lufę — odezwał się piegowaty i wskazał palcem niebo.

Alfred nie słuchał ich. Zatopiony w swoich myślach położył się na boku, wyrwał źdźbło trawy i wydłubywał resztki włókien spomiędzy zębów. W brzuchu mu zaburczało. „To dwunastnica”, pomyślał. Obojętny na zjawiska pogodowe i jelitowe kontynuował rozważania o tym, co skryte i nagle wychodzi na światło dzienne w całej swej dziwacznej okazałości. O tajemnym i wewnętrznym świecie: „A takich światów może być setki albo miliony, jeden obok drugiego równolegle poutykane jak sardynki w puszcze, jeden w drugim, jak puszka w puszce. Jak kamienica, o której nikt oprócz mnie i Wery nie wie. A może ktoś wie?, zapytał siebie zaskoczony tą myślą, ale kto?”. Pytanie pozostawił bez odpowiedzi, zamknął oczy, różowa poświata zastąpiła chmury, rozmyślał dalej. „Zegar tyka do tyłu, świat cofa się skokowo, a w krótkich interwałach biegnie do przodu. Hmm. Czemu akurat wtedy, czemu akurat w tych momentach, a nie innych? Jak to jest, że zegar tyka do tyłu, a serca moje i Wery biją do przodu?”.

Alfred zasnął, koledzy odeszli. Nie obudzili go. Czy o nim zapomnieli, czy dla żartu zostawili go śpiącego w trawie? Nie traktowali go jak swojego.

Wera znalazła go późnym wieczorem. Wrócili do kamienicy. Weszli do niej i już nigdy z niej nie wyszli.

Krzysztof Wacławiec (ur. 1971 r. w Rybniku) — pisarz, z zawodu ekonomista. Mieszka w Rybniku. Publikował m.in. w: „Czasie Literatury”, „e-eleWatorze”, „eleWatorze”, „Epei”, „Polu”, „Stronie Czynnej”, „Tekstualiach” i „Twórczości”. Laureat konkursu „Jednoaktówka po śląsku” za sztukę Poetka (2024).

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści