PAWEŁ NOWAKOWSKI
WPW5
Wszyscy przeciwko wszystkim. W barze, w barłogu, w czekoladowym batonie, w bucie, w butelce.
Brzydkie Kaczątko, świadome piękna brody Koziołka Kutafonka, bratanka Pinokoladia Strołberyfara z domieszką błotnistej rozkoszy i Peppy z Moczodołów Górnych w podwójnym Teksagramie, pomalowało swoje stopy na brązowy odcień subatomowego ultrafioletu, stwarzając półdoskonałą zagadkę, wyjaśniającą prawie wszystko, tylko nie to, gdzie jest Termos, rybak z uszkodzoną definicją płetwanny domowej, przylegającej do ścian sprywatyzowanej umywalni ponadindywidualnej z przodu i prawego boku, a z tyłu mającej półkę na szambo i trzyfazową słabiszczakową siłę na kolbę kapara. Będąc małym bocianem z małym pożądaniem wielkomiejskości, w małej misce na małej niezabudowanej działce siedliskowej nieopodal małego osadziska roztworów odparowywania rozpuszczalników, zapragnęło zdobyć nagrodę czytelników wielkiej kalibracji mainstreamowych Uników i ojkofobicznych zwiastunów objawienia Gerwazego Motłocha, syna Dubmodżeta i Roszpunki z wielołazienkowego domu atomówek o wysokiej energii biernej. Sekretarz nagrody, po podliczeniu kurierów owłosienia z kością, sierści bez gnatów, zarostu z archaicznymi czipami i włochatyngi bez piszczeli, ogłosił, co było kamasznikowym persyflażem spod gilowatego kinola, że znów wygrała Laura Mulan, wielbicielka wszystkiego, co z północy, między godziną serową, a nærøyfjordową trzydzieści siedem. Brzydkie Kaczątko przemieniło się w Czapkę Uszatkę i osierociło paskudy z magicznej tajgi.
Zaczarowany Półgłówek, kuśtykając z jednej na drugą zmianę, jak to w korporacji sprzedawniczej, według tabliczki wykoncypowanej przez elitarnego grafika z menażki, oddychającego jedynie wyziewami spod pach przewodniczącego oddziału szturmującego rozsądek, bez powodzenia zresztą, gdzie Ślepy Wojtek dostarcza placebo na rozum, zezłościł się na Fionę Pixar, marzącą o kung-fu w wersji na obój, klarnet i lutetowe kastylijskie kastety. Kompozytronowie pocili się, podwieszali pod moment magnetyczny, znany wszystkim jako g-2 lub g-3 [w zależności, czy było to w rezerwacie, czy w rezerwuarze], mokre grabie z Wysp Troćkolna i gryzmolili na aplikacyjnej e-czterolinii [bo maturalizm stał się za trudny i trzeba dostosować go do poziomu pionowej aferyzacji uskoków międzykontynentalnej kasandryczności kompleksacyjnej], nuty nabijając na nutrie, klucze podbasowe faszerując koronkowymi fastrygami pokojowych marynarek, a tonalność przytwierdzając do irlandzkich krzyży zwykłego Patyka, pogromcy brązowych karłów Hertzspierda-Russella. Festiwal w Sopotermii, gdzie mieli pitolić zatęchłe szlagiery the Rolmops Szajz, the Ampla z Notre Dame i the Fogazaty, stanął pod znakiem ostrzegawczym, tramwajowym, w czarnym punkcie plejlisty, gdy zagajacze mieli się przebrać w robocze przyodziewki, z inkrustowanymi kolorowym skrzekiem kołnierzami finezyjnych instalacji rurowych i hydraulicznościowych, bez pieszojezdni i ścieżek bicyklistycznych. Fiona chciała w dur, a Półgłowek w moll, a dyrygent, uczeń wielkiego Piórdereckiego, stawiał na Tolka Bankiera, jak wszyscy z epoki okrągłego stolca, otumamieni sarmaceńskim nieunoszącym się honoryzacją dywanem. Ambicja połączona z poczuciem własnej głodności i cudzych podciągów, amfibona gąsienicowa poruszająca się pod włazem wyrzutowym sprzedanym przez dawne lodolody obecnym butikom z rękodziełem arystotelowskim i sztuką lutową, i ambiwalencja bez lokalnych podtopień, zakłóceń w ruchu serpentyn czy uszkodzeń drzewostanu. Tu musiała być wojna! Na sędziego wybrano dostarczyciela katiuszy, bo akurat miał przestój w fabryce z powodu braku rękawiczek na nogi, a że remontował prawieśrodkowy segment szeregowca po ojcu sierżancie i ciotce z Plutona, potrzebował środków biorących, piorących, piorunujących i zachwycających wszelkie lizaki darmowych picc. Postawiono na postanowienie takowe: Półgłowek założy partię zielonych detektorów, a Fiona fundację będącą jednocześnie organizacją serwisu publicznego, czynną codziennie od 17.30 do 7.30. Kto zbierze więcej kartofli, ziemniaków, albo purée z dodatkami [napoleondor, humidor, jędor], ten może w dowolny sposób nasiec rywala. Stało się inaczej, niestandardowo, tylko po prostu, po bożemu.
Tak było, jest i będzie. W baryłeczce hrabiego Brutusa, w kieszeni Teofilasa Bonda, w kanapce kochanka Henryki Bloom, w kosmicznej logii kosmetykologii Adalberta Blocha, w rydwanie ognia Ben Hura.
Paweł Nowakowski — dróżnik z zawodu, dorożnik z zaczarowalnością, drużba z zamiłościowania. W latach 1939-1945 dróżnik w podziemiu operacyjno-likwidacyjnym. Potem kant w filozoficzności socjal-euklidesowej, dzisiaj dróżnik certyfikowanych róż.
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved