RAFAŁ KASPRZYK
Kantorski nie pociesza. I całe szczęście!
Nie mam zaufania do poezji, która zbyt szybko chce mnie wzruszyć. Jakoś nie ufam wierszom, które od pierwszych wersów ustawiają światło pod odpowiednim kątem, podstawiają mi krzesło, dolewają herbaty i mówią: „teraz przeżyjemy razem coś ważnego”. Zwykle wtedy uciekam. Albo przynajmniej odkładam książkę z poczuciem, że ktoś (nie będę tu nikogo wymieniał, bo lista byłaby zbyt długa) pomylił literaturę z emocjonalną obsługą klienta.
Kwadra Szymona Kantorskiego jest na szczęście książką nieuprzejmą. Nie podaje ręki. Nie zaprasza do środka. Nie tłumaczy się ze swojej chłodnej struktury. Nie udaje, że poezja ma obowiązek być przyjemna, miękka, komunikatywna, a już na pewno terapeutyczna. To tom, który od początku stawia czytelnika w niezręcznej pozycji: nie jako odbiorcę piękna, ale jako świadka awarii. I to świadka raczej niepotrzebnego, spóźnionego i trochę bezradnego. Wszedłem w tę książkę i natychmiast poczułem, że nie jestem w przestrzeni „lektury”, tylko w miejscu, gdzie coś już się wydarzyło, a język przychodzi po fakcie. Nie po to, żeby ratować, ale po to, żeby sporządzić protokół. Kantorski nie pisze poezji katastrofy. On pisze poezję po administracyjnym jej przejęciu. Apokalipsa nie wybucha tu na naszych oczach, nie ma w niej wielkiego finału, nie ma patosu końca. Wszystko, co najgorsze, zostało już wchłonięte przez system, opisane, przetworzone i opatrzone procedurą. Wojna, choroba, skażenie, śmierć, pamięć po Zagładzie, ekologiczna degrengolada, rozpad relacji — to nie są wyjątki od normy. To jest norma. A człowiek? No cóż… jak zwykle, „dostosowuje się”. I właśnie dlatego ta książka jest tak bezlitosna, bo nie pokazuje katastrofy jako czegoś, co przychodzi z zewnątrz. Pokazuje, że ona już w nas mieszka. Ma nasze dokumenty, nasze wyniki badań, nasze hasła do komputera, nasze rodzinne rytuały i naszą zdolność do normalnego funkcjonowania.
Nieprzypadkowo tytuł brzmi Kwadra. To nie jest ładna metafora od księżyca, choć oczywiście fazowość, półświatło i napięcie między jasnością a ciemnością są tu dość ważne. Dla mnie jednak „kwadra” jest przede wszystkim figurą zamknięcia. Cztery ściany, cztery kierunki, cztery pola nacisku. Tom wygląda tak, jakby został zbudowany nie z natchnienia, lecz z konieczności konstrukcyjnej. Ciało, śmierć, świat, relacja — cztery obszary, w których nowoczesny człowiek zostaje przyciśnięty do ściany. I nie ma piątego wyjścia. Nawet okładkowe światło, jeśli je czytać jako dodatkowy komentarz, nie jest objawieniem, tylko deformacją. Jasność po zetknięciu z materią traci regularność. To bardzo kantorskie: każda czystość zostaje tu natychmiast uszkodzona przez kontakt z rzeczywistością. Nie kupuję więc łatwego odczytania Kwadry jako książki „o przejściu”. To dla mnie za słabe. Przejście wszakże zakłada, że gdzieś się idzie. Że jest punkt wyjścia i punkt dojścia. Tymczasem Kantorski pokazuje raczej permanentny stan zatrzymania w procedurze przejścia. Korytarz bez drzwi. Poczekalnię, w której wywoływane są nazwiska, ale nikt nie wraca z gabinetu z odpowiedzią. Człowiek w tej poezji nie dojrzewa, nie oczyszcza się, nie przechodzi przemiany duchowej. On jest „obrabiany” przez czas, chorobę, historię, instytucję i język. Nie staje się „kimś innym”. Staje się coraz bardziej opisany.
Najmocniej widać to w wierszach cielesnych, gdzie autor odbiera ciału resztki humanistycznego komfortu. Nie ma tu ciała jako świątyni, nie ma ciała jako źródła tożsamości, nie ma nawet ciała jako erotycznego centrum świata. Jest natomiast ciało jako materiał diagnostyczny. Ciało oddane rezonansowi, awarii, przewlekłości, plastikowi, biologii, która nie prowadzi dialogu z duszą. W tym sensie autor Duetów jest brutalnie antyromantyczny. Wcale nie dlatego, że odrzuca metafizykę prostym gestem. Raczej dlatego, że pokazuje, jak metafizyka traci grunt pod nogami w zetknięciu z aparaturą, parametrem, wynikiem, opisem. Dusza nie znika w wielkim filozoficznym sporze. Ona po prostu zostaje wyparta przez medyczny formularz. I właśnie tu Kantorski jest najciekawszy. Nie pisze „o chorobie” w sposób konfesyjny. Nie buduje wokół cierpienia moralnego kapitału. Nie próbuje mnie przekonać, że ból daje szczególne poznanie. Przeciwnie: ból w Kwadrze często niczego nie daje. Jest bezproduktywny, długotrwały, techniczny. Trwa jak systemowa usterka. To wydaje mi się znacznie uczciwsze niż cała biblioteka wierszy, które robią z cierpienia elegancki instrument wtajemniczenia. Kantorski nie estetyzuje rany. On sprawdza, czy rana ma jeszcze składnię.
Drugie pole tej książki, śmierć, również zostaje odarte z teatralności. Śmierć nie jest tu wydarzeniem. Jest infrastrukturą. Domy, fotografie, archiwa, obce języki, miejsca naznaczone cudzą stratą — wszystko to tworzy przestrzeń, w której żywi są tylko tymczasowymi użytkownikami. To okrutne, ale prawdziwe: nikt z nas nie mieszka naprawdę u siebie. Zawsze wchodzimy w cudze milczenia. Zawsze stawiamy meble na czyimś dawnym końcu świata. Dlatego tak ważny wydaje mi się motyw domu. W wielu polskich imaginariach dom nadal bywa ostatnim bastionem sensu: miejscem powrotu, pamięci, rodzinnej ciągłości, lokalnego zakorzenienia. Kantorski rozwala tę pocztówkę bez podnoszenia głosu. Dom w Kwadrze nie jest ocaleniem. Jest miejscem skażonym pamięcią. Może nawet pułapką. Przestrzenią, która przechowuje więcej, niż człowiek jest w stanie unieść. Budowanie domu nie oznacza tu zakładania przyszłości, ale naruszanie warstw cudzej śmierci. To jeden z najmocniejszych, a zarazem najbardziej niewygodnych gestów tej poezji: odmowa sentymentalnej topografii. Miejsce nie ocala. Miejsce pamięta. A pamięć nie zawsze jest darem. Czasem jest toksyną.
Kantorski ma też odwagę pisać po Zagładzie bez muzealnego tonu. I to jest ryzykowne, bo literatura bardzo łatwo wpada tu w dwa fałsze: albo w monumentalny patos, albo w ostentacyjną powściągliwość, która sama staje się formą elegancji. W Kwadrze języki rozpadają się na szczątki, ale nie po to, by efektownie pokazać „niemożność mówienia”. To nie jest literacka poza wobec niewyrażalnego. Raczej twarde rozpoznanie, że żadna pojedyncza mowa nie uniesie historii. Polski, niemiecki, łacina, jidysz — nie tworzą harmonii. Tworzą rumowisko. A poezja nie jest od jego uprzątania. Jest od tego, żeby nie pozwolić nam udawać, że teren został oczyszczony.
Najbardziej bezlitosna jest jednak trzecia kwadra: świat. Tu Kantorski pokazuje rzeczywistość, w której apokalipsa została znormalizowana. Nie czekamy już na koniec. My w nim pracujemy, robimy zakupy, wychowujemy dzieci, sprawdzamy powiadomienia, umawiamy wizyty, adaptujemy się. Właśnie to słowo — adaptacja — brzmi w tej książce jak oskarżenie. Nie dlatego, że przetrwanie jest czymś złym. Ale przede wszystkim dlatego, że człowiek potrafi przystosować się również do hańby. Do przemocy. Do degradacji. Do języka, który zamienia dramat w „wyzwanie”, katastrofę w „proces”, a moralną klęskę w „nowe warunki funkcjonowania”.
Czytając Kantorskiego, widzę świat późnego kryzysu, w którym już nawet bunt został częściowo przewidziany przez system. Można się oburzać, można ironizować, można pisać wiersze, ale infrastruktura katastrofy działa dalej. Spalarnie, druty, procedury, rzeźnie, granice, ekrany, instytucje — to wszystko nie potrzebuje naszej wiary. Działa niezależnie od tego, czy mamy do tego komentarz. I dlatego jego poezja nie udaje sprawczości. Nie mówi: słowo zmieni świat. Mówi raczej: słowo może jeszcze odmówić udziału w fałszu. To mniej efektowne, ale znacznie poważniejsze. I w tej perspektywie ironia Kantorskiego jest czymś więcej niż stylem. Jest narzędziem dezynfekcji. Oczyszcza zdanie z patosu, zanim patos zdąży je zainfekować. Ale ta ironia nie jest cyniczna. Cynik bowiem ustawia się ponad światem, żeby nie musieć cierpieć razem z nim. Kantorski nie stoi ponad. On stoi w środku skażenia, tylko nie pozwala sobie na luksus lamentu. To bardzo istotna różnica. W jego wierszach chłód nie oznacza braku współczucia. Chłód jest formą oporu wobec estetycznej histerii. A jednak Kwadra nie jest książką nihilistyczną. Gdyby była, byłaby prostsza. Autor zostawia w niej miejsca intymne, ale robi to wyjątkowo ostrożnie. Córka, dzieci, drobne rytuały, gesty czułości, rodzinne odpryski codzienności — to wszystko pojawia się nie jako ratunek, lecz jako ślad po możliwości ratunku. I właśnie ta różnica jest zasadnicza. Czułość w Kwadrze nie zbawia. Nie ma takiej mocy. Nie unieważnia śmierci, choroby, wojny ani pamięci. Może tylko na chwilę zakłócić ich totalność.
W kulturze, która coraz częściej sprzedaje czułość jako łatwy substytut etyki, Kantorski pokazuje jej ograniczenia. Owszem, czułość jest ważna, ale nie wystarczy. Bliskość jest realna, ale lokalna. Dziecko może być światłem, ale nie rozświetli całej historii. Rodzina może dawać oddech, ale nie anuluje katastrofy. To nie jest poezja przeciwko czułości. To poezja przeciwko jej nadużywaniu. Dlatego Kwadra wydaje mi się książką głęboko antydekoracyjną. Wszystko, co mogłoby stać się ozdobą — światło, dom, dziecko, język, pamięć, nawet cierpienie — zostaje tu natychmiast poddane próbie. Autor sprawdza, ile dane słowo wytrzyma, zanim stanie się kiczem. To rzadkie. Wielu poetów bowiem ufa swoim najładniejszym obrazom. Na szczęście Kantorski im nie ufa. I dobrze. Bo najładniejsze obrazy najczęściej kłamią najsprawniej.
Nie twierdzę, że jest to książka łatwa. Może nawet nie powinna taka być. Miejscami bywa oschła, chropawa, celowo nieefektowna. Bywa tak zdyscyplinowana, że czytelnik przyzwyczajony do lirycznego rozlewu może poczuć się odprawiony z kwitkiem. Ale to nie jest słabość. To metoda. Kantorski pisze przeciwko nadmiarowi. Przeciwko gadulstwu emocji. Przeciwko polskiej skłonności do natychmiastowego podnoszenia cierpienia do rangi symbolu. W Kwadrze cierpienie nie chce być symbolem. Chce być faktem. A fakty mają to do siebie, że są mniej wzniosłe i bardziej nieusuwalne.
Najbardziej niepokoi mnie jednak coś jeszcze. Ta książka nie oskarża świata z bezpiecznej pozycji moralnej wyższości. Ona dyskretnie oskarża także mnie jako czytelnika. Moją potrzebę sensu. Moją chęć ułożenia tomu w cztery przejrzyste części. Moją pokusę, by powiedzieć: ciało, śmierć, świat, intymność — a więc rozumiem. Nie, nie rozumiem. Co najwyżej nauczyłem się poruszać po mapie obciążeń. Kwadra nie jest zagadką do rozwiązania, lecz konstrukcją, w której trzeba przez chwilę postać. I poczuć, że ściany nie są metaforą. Dlatego nie chcę pisać o Kantorskim tonem grzecznego uznania. Ta poezja nie potrzebuje uprzejmych komplementów. Potrzebuje czytania, które nie będzie się bało powiedzieć, że jej siła bierze się z odmowy pocieszenia. Kwadra jest książką ważną właśnie dlatego, że nie aspiruje do bycia pięknym przedmiotem literackim na półce. Jest raczej instrumentem pomiarowym. Rejestratorem napięć. Czasem skalpelem. Czasem zimną lampą nad stołem, na którym leży coś, co jeszcze przed chwilą nazywaliśmy życiem.
Nie wiem, czy poezja ma dziś obowiązek ocalać. Podejrzewam, że to jedno z tych zdań, którymi pocieszają się ludzie bojący się przyznać, że literatura bywa bezsilna. Kantorski nie wpada w tę pułapkę. Nie obiecuje, że język zwycięży ciemność. Pokazuje raczej, że język może jeszcze nie zdradzić rzeczywistości. Może nie upiększyć rany. Może nie nazwać ruin domem tylko dlatego, że potrzebujemy gdzieś wrócić. Może nie pomylić dziecka z argumentem za sensem świata. Może nie zamienić śmierci w dekorację powagi. I to jest dla mnie najostrzejsza lekcja Kwadry: odpowiedzialne słowo nie musi być ciepłe. Nie musi być kojące. Nie musi prowadzić za rękę. Czasem powinno być twarde, chłodne, nieprzyjemne w dotyku. Powinno postawić mnie w półświetle i zabronić udawać, że widzę całość.
Kantorski tego właśnie dokonuje. Nie daje pełni. Nie daje nowiu. Daje kwadrę — fazę niewygodną, niepełną, przeciętą. Stan, w którym światło i ciemność trzymają się za gardła, ale żadna ze stron jeszcze nie wygrywa. I to jest najbardziej uczciwy obraz naszej współczesności: nie żyjemy po końcu świata ani przed nim. Żyjemy w jego fazie pośredniej. W technicznie obsługiwanym półmroku. A ja, po tej lekturze, nie czuję się oczyszczony. Nie czuję się podniesiony na duchu. Nie mam ochoty pisać, że poezja znów ocaliła we mnie wiarę w sens. Byłoby to zbyt łatwe i prawdopodobnie nieuczciwe. Czuję raczej coś innego: nieprzyjemną wdzięczność. Za książkę, która nie pozwoliła mi się wygodnie wzruszyć. Za język, który nie przyszedł mnie pocieszyć, tylko sprawdzić, czy jeszcze potrafię patrzeć. Za poezję, która nie robi z ciemności ornamentu i nie robi ze światła kłamstwa. To dużo. W czasach literackiego komfortu — może nawet bardzo dużo.
[Szymon Kantorski, Kwadra, Fundacja Duży Format, Warszawa 2025]
Rafał Kasprzyk (ur. w 1980 r. w Nisku) — poeta, społecznik, współgospodarz cyklicznych spotkań literackich „u Łuczeńczyka” w Gminnej Bibliotece Publicznej w Ludwinie. Dwukrotny laureat międzynarodowej „Podróży Poetyckiej” (2007, 2008). Laureat licznych konkursów poetyckich, m.in. im. Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej (2012, 2018), im. Leopolda Staffa (2017). Juror m.in. konkursu im. Anny Kamieńskiej na najlepszą książkę poetycką województwa lubelskiego. Publikował w „Afroncie”, „Akancie”, „Arkuszach Literackich”, „ArtPapierze”, „Dzienniku Polskim”, „eleWatorze”, „Frazie”, „Helikopterze”, „Nowym Kozirynku”, „Odrze”, „Przekroju”, „Suburbii”, „Tlenie Literackim”, kwartalniku mniejszości polskiej na Ukrainie „Krynica”, na stronie internetowej wydawnictwa J oraz w kilku antologiach. Wydał: Interakcje (czyli życie oparte na węglu) (2018) i Dychotomię (2020) oraz zbiór rozmów z pisarzami Igliwie (2025).
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved