RAFAŁ MIELCZAREK
Zakamarek. 1
Powiadają, że na każdą historię przychodzi pora. Przychodzi sama z siebie, bez poganiania, bez obosiecznego miecza możliwych wizji samozachwytu, na który nie ma już miejsca, ponieważ spowszedniał od ilości powtórzeń własnych ciosów, razów pewnych pewnego razu zadanych o jeden zamaszysty raz za dużo. Inne miałkie powody i szemrane powodziki wchodzące historiom w paradę? Przepadły, bezpowrotnie wchłonięte przez to, czego dotyczyć będzie ta opowieść. Dlaczego więc zdecydowałem się na ten ostatni pyszałkowaty „taniec” z literami, na dozę sentymentalizmu bez grama samokontroli, na reminiscencyjne odurzenie czymś, co nie powinno być wydłubywane z zakamarków przeszłości? Być może, dlatego że na mnie też niebawem przyjdzie pora? Być może, dlatego iż niebawem pójdę w ślady tego, przez co jestem w drodze z jednego miejsca do drugiego od ładnych paru dekad? W nieskończonym tranzycie od wiecznego triumfu wspomnień do uporczywego fiaska niepamięci… Być może, gdy tamta historia ukaże się w całości, uda mi się wreszcie zatrzymać i wszystko zapomnieć?… Czasami nasłuchuję, czy pora na mnie przypadkiem nie przychodzi właśnie teraz? Czy prawie bezgłośna ukradkowość jej coraz donośniejszych kroków nie przypomina czasem niechcącego wspomnienia o tamtym szczególnym zakamarku? Zakamarku, który wszystko skończył, jak i zaczął. Od którego ja skończyłem się bardziej niż to było możliwe, a zaczęło się moje nieskończone międzynigdzie. Ale, ale, po kolei…
Mieszkałem wówczas od niedawna w jednym z większych miast i podświadomie diabli mnie brali, że znów musiałem wszystko zaczynać od nowa. Że po raz kolejny nie miałem wyjścia i bawiłem się w babraninę z początkiem. Czasy były nieciekawe, królowały alienacja, osamotnienie oraz wyobcowanie, dużo osób albo kończyło zbiorowy kaszel, albo było przezeń wykańczanych, i generalnie wszyscy niewiele mogli poza „standardami jazzowymi” narzuconymi w toku dziejów przez cywilizację, która bardzo wiele zapomniała, choć wciąż myślała, że przędzie świetnie. Typowe zaciemnienie przez postoświeceniowe zachłyśnięcie się blichtrem nowych nieprzyzwyczajeń. Co ja w tym wszystkim robiłem? Pracowałem fizycznie jako operator CNC w podmiejskiej fabryce, czyli byłem pyłkiem w trybikach codzienności, minuskułą osadu, zacierającego powoli i nieustępliwie maszynerię rzeczywistości. Przynajmniej tak mi się wówczas wydawało.
Dni, samopodobne do nieprzyzwoitości, upływały mi głównie na pielęgnowaniu samotności kwitnącej i owocującej w donicy rutyn. Wstawałem przed bladym świtem i kładłem się spać tuż po zmierzchu, w międzyczasie grając i maskując się na w miarę przewidywalną modłę kogoś, kto musi poradzić sobie z życiem w życiu, bo inaczej trafi pod most. Dostrzegałem w wykorzystywanym repertuarze fatamorgan osobistych pewnego rodzaju nieuniknioność, bliżej niesprecyzowany mechanizm obronny przed stoczeniem się w całkowity zamęt konformizmu. Wydawało mi się, że nie będąc sobą, jestem najlepszą wersją siebie, na jaką podówczas było mnie stać. Byłem z tego w pokrętny sposób dumny. Momentami chyba nawet za bardzo.
Oto do czego doprowadzała wówczas samotność niepotrafiąca zatracić się w mętnych wodach irracjonalizmu, wyobcowanie w pewien sposób wadliwe — do pychy. Moja szatańska oś charakteru i tak składała się wyłącznie z pozorów. W rzeczywistości, jedyne w czym byłem autentycznie dobry, to właśnie roztaczanie wokół siebie iluzji. Równocześnie wydawały mi się one wstrętne i poniekąd żywiłem do nich urazę: za całkowity brak spontaniczności, wyrachowanie, chłodną cyniczną kalkulację. Moim największym marzeniem było spotkać impulsywnie beztroskiego pozoranta, ale nie malkontenta-hochsztaplera jak ja, a człowieka, który potrafiłby improwizować z rzeczywistością na najwyższym poziomie w sposób naturalny. Ach, te stada koni, które mogliśmy byli razem ukraść…
Moja aparycja szła mojej iluzoryczności na rękę. Byłem wysoki, ciemnowłosy, o regularnych rysach twarzy, z dołkiem w brodzie przywołującym skojarzenia z czarno-białym hollywoodzkim celuloidem. Wrodzona awersja do świata i predylekcja do nihilizmu domykały całokształt mojej osoby, dodając do jej odbioru nieco sarkastycznej pikanterii. Podobałem się płci pięknej, choć nie wykorzystywałem tego. Płeć brzydka lubiła mnie, aczkolwiek nie traktowałem owych sympatii poważnie. Dubeltowa opieszałość względem okazji to moje drugie imię.
Miewałem przebłyski czegoś na kształt natchnienia. Wówczas dawałem się porwać swoim niewykorzystanym potencjałom. Owe rzadkie chwile kończyły się tym, że przyciągałem do siebie ludzi. Motyw z filmów o zombi, w których nieumarli wgapiają się w fajerwerki, nie jest całkowicie wyssany z palca. Człowiek to istota łasa na niesłychane, magiczne i niepoprawnie pociągające. Mnie również nęciły owe ciągoty, z tą różnicą, że moje standardy były zawsze zbyt wyśrubowane, abym dał się skusić pierwszemu lepszemu rzutowi monetą, przypadkowemu spotkaniu, powłóczystemu spojrzeniu. Węszyłem za czymś więcej, czymś dalszym, czymś jeszcze bardziej niesłychanym, niesamowitym, niestandardowym. Kiedy zaś sam okazjonalnie stawałem się fajerwerkiem, zawsze ktoś interpretował moją eksplozję jako właśnie taki rzut monetą, przypadkowe spotkanie i powłóczyste spojrzenie — ku krótkotrwałej uciesze jego bądź jej, choć niekoniecznie mojej. Chybione interpretacje — chleb powszedni połowy niedopowiedzeń, błędów oraz wynikających z nich tragedii na tym padole łez. Właśnie dlatego nie ufam ludziom. I światu też. Bo niejako „dopuszczają” ten postznaczeniowy syf.
Tamten konkretny „pokaz fajerwerków” wydarzył się w klubie jazzowym. Grano wersje różnych znanych niejazzowych przebojów przerobione na fusion. To był bardzo elegancki bal. Wszyscy pod krawatami i w wieczorowych sukniach. Pierwszy raz wszedłem na parkiet, kiedy z basu, klawiszy, perkusji, saksofonu i ust wokalistki zaczął wydobywać się najbardziej całuśny przebój Prince’a. Nigdy nie brałem ani jednej lekcji tańca, ale zawsze wykazywałem się dużą gibkością oraz wyjątkową lekkością ruchów — efekt ganiania po podwórku w wieku szczenięcym i brania udziału we wszelkich możliwych ówczesnych zabawach. Powyższe, w połączeniu z moim naturalnym wyczuciem rytmu oraz całkowitym nieprzejmowaniem się tym, co sobie o mnie myślą podpieracze ścian oraz inni lawirujący na parkiecie, sprawiało, że bardzo łatwo można było na mnie zawiesić oko. Lubiłem czuć na sobie zaintrygowane spojrzenia, lecz tylko kiedy tańczyłem. W trybie codziennym, przy wykonywaniu innych czynności, uważałem je za nieuzasadnione, wręcz niedorzeczne. W zwykłości nie ma niczego interesującego, a jeśli uważasz inaczej, zrewiduj poglądy.
Tańczyłem więc do Prince’a, później do Michaela Jacksona, Whitney Houston oraz — dwukrotnie — Backstreet Boys. Nie planowałem aż tylu wyjść na parkiet. Do klubu przybyłem z notesem i piórem. Zależało mi bardziej na imprezowaniu literackim w mało sprzyjających warunkach, drobnym eksperymentatorstwie, coś a la Basquiat specjalnie trzymający ołówek na opak, co, koniec końców, czyniłem na raty, za każdym razem po powrocie do stolika. Kiedy gwóźdź programu się skończył i rozważałem opuszczenie lokalu, podeszli do mnie Oni. Para. Polsko-zagraniczna. Zagadnął mnie On. Zaserwował komplementy dotyczące tańca. Podziękowałem grzecznie, choć niezbyt wylewnie. Zawsze zastanawiała mnie natura pochwał, zwłaszcza wymierzonych w kogoś całkowicie obcego. Tandetne przełamanie lodów? Szczere wyznanie niezbyt szczerego podziwu? A może na odwrót: fałszywe wyznanie, ale podziw prawdziwy? Pierwsza tego wieczoru tajemnica…
Usiedliśmy przy moim stoliku. Rozmawialiśmy zadziwiająco otwarcie jak na spotkanie przypadkowo zapoznawcze. Lubiłem walić prosto z mostu. Oni też lubili. Temat dość poszarpanych wątków naszej rozmowy raz za razem przeskakiwał z filmu, książek, muzyki i seksu na ogólne dowcipkowanie. Bardzo rozrywkowy dobór. Wydawali się mną zauroczeni, być może czegoś ode mnie oczekiwali. Było to dość niejasne. Parafrazując słynną ripostę Dorothy Malone do Humphreya Bogarta z Wielkiego Snu: „zaczynali mnie intrygować, mgliście”. Ona zaproponowała zmianę lokalu na bardziej taneczny. Zgodziłem się. Widmem tańca zawsze można było mnie skusić najłatwiej. W mojej głowie wyświetlił się w ekspresowym tempie szereg możliwych finałów historii, która właśnie przechodziła do aktu drugiego. Kiedyś, w trakcie jednej z poprzednich eksplozji moich fajerwerków, przerabiałem już „twierdzenie Pitagorasa”. Przeżycie jak każde inne — od biedy warte powtórzenia. Tylko tym razem kroiła się „srebrna” a nie „złota” konfiguracja. Nic, pożyjemy, zobaczymy… Skóry na niedźwiedziu dzielić nie należy.
On był blondynem. Głęboko osadzone oczy, być może zielone, być może niebieskie, nieco niższy ode mnie, około metra osiemdziesięciu z niewielkim hakiem. Jego cechą wyróżniającą była skóra na twarzy. Przypominała „gruboziarnistość” Randolpha Scotta albo Gary’ego Coopera pod koniec karier, mimo że nie miał skończonych czterdziestu lat. Dodawało mu to męskości, oraz jakieś pięć punktów do charyzmy. Ona podobała mi się bardziej. Brunetka z ciemnymi oczami o serdecznej, niemal promiennej twarzy. Jej metr siedemdziesiąt opakowany był w niezwykle kobiece kształty. Miała spore usta o wykroju niezapadającym w pamięć, ale za to skrywające w sobie jej największy estetyczny skarb — zęby. Naturalne, śnieżnobiałe, równiuteńkie, bez grama jakiegokolwiek ubytku, niepołatane amalgamatami i innymi porcelanami. Zdecydowanie drzemał w niej rys kusicielki, który — byłem niemal pewien — właśnie się przebudził, wynurzył z pieleszy i zaczął przede mną przeciągać i przeginać, prężąc krzywizny i owijając się wokół mnie jak bluszcz.
Trafiliśmy do baru o nazwie „Baobab”, gdzie prędko przekonałem się o dwóch rzeczach: DJ puszczał funk oraz moi nowi towarzysze, moi być może przyszli „partners in crime”, należeli do rzadkiego typu ludzi: byli alfa-ekstrawertykami. Znali prawie wszystkich, a jeśli nie znali, to zaraz się zapoznawali, zaznajamiali, uśmiechali, poklepywali, obściskiwali i sprzedawali całusy. Osobiście, jako Pan Pozorant, byłem meta-ambiwertykiem — jako zdystansowany analityk i użytkownik całego spektrum zachowań ludzkich, rozumiałem fenomen skrajnej otwartości, aczkolwiek był on dla mnie nie do przyjęcia jako modus vivendi. Potrafiłem go zagrać, nawet całkiem przekonująco, jednak na dłuższą metę wydawał mi się nieludzki. Kiedy Oni rozpłynęli się wśród znajomo-nieznajomych przy barze, ja rozpłynąłem się w muzyce.
Ona miała w sobie zdecydowanie więcej imprezowiczki per se niż On. Była bardziej mobilna. Wszędzie było jej pełno. Co rusz kręciła się dookoła mnie, ocierała, oplatała mnie ramionami, by za chwilę czynić to z inną osobą, a dwie minuty później palić fajkę na zewnątrz. Czyżby była osóbką szukającą pełni? W to mi graj! Pomimo obalenia kilku drinków w poprzednim miejscu oraz strzelenia dwóch shotów w „Baobabie” byłem trzeźwy jak gwizdek — wszystko wypacałem na parkiecie. Zmieniłem się w maszynę do tańczenia. Przy pomyślnych muzycznych wiatrach, potrafiłem pląsać non stop przez klika godzin, jak w transie. Lało się ze mnie hektolitrami, a ludzie pytali z całkowicie poważną miną o namiary na mojego dilera, bo też chcieli spróbować tego, czym się przed imprezą, wedle ich mniemania, raczyłem. Kiedy w przypływie tanecznej szczerości wyjaśniałem, że zażywam wyłącznie muzykę, patrzyli na mnie jak na wariata, albo prychali i odchodzili, bo uznawali, że się zgrywam. Na szczęście dla mnie, w „Baobabie” miałem na sobie rynsztunek Patricka Batemana i moja swoboda ruchów była mocno ograniczona. Nie mogłem więc fikać ani brykać tak ostro i swobodnie jak bym pragnął. Brązowe brogsy to nie to samo co para vansów.
Kiedy DJ zaczął cierpieć na syndrom Wyczerpania Winampowej Playlisty, Ona zaproponowała, żeby pójść dalej. Trafiliśmy do „Wysokich traw”. Po krótkiej przechadzce zaśmieconymi ulicami rozwrzeszczanego centrum, weszliśmy między najprzeróżniejsze gatunki zwierząt nocy o eklektycznej maści i upierzeniu: podejrzane typy, tępe bździągwy, wyuzdane pary, gorące grupki, podniecające paczki i wygłodniałe watahy. Ten pstrokaty melanż poprzetykany był również pojedynczymi nitkami wolnych strzelców, przypadkowych przechodniów, praktykujących podrywaczy, samotnych wilków i tym podobnych indywiduów starających się uszczknąć w mniej lub bardziej nieporadny sposób kawałek tortu o nazwie Farsa Iluzji Poznania. W skrócie, tkwiłem w samym środku oka cyklonu perfekcyjnej anonimowości i multisamotności. Na miejscu natrafiliśmy oczywiście na kolejną porcję znajomych-nieznajomych, tym razem głównie Jego. Stanęliśmy w strategicznym punkcie — między barem a przejściem do pięter z inną muzyką. Niezbyt fortunne miejsce do tańca, ponieważ imprezowe powsinogi co rusz szturchały lub jawnie wtranżalały się w nas z całym impetem swych podpitych jestestw. Jednak dwa giny z tonikiem sprawiły, że mogłem przymknąć na to oko.
Ona zniknęła gdzieś na chwilę, może na pół godziny, sam nie wiem na jak długo, ponieważ pochłonął mnie taniec i straciłem rachubę. Kiedy pojawiła się znowu, a ze mnie znów lało się jak z cebra, była w towarzystwie dwóch szatynek, jednej z włosami ściętymi na Bettie Page, drugiej w niechlujnym bobie. Trudno było orzec, skąd się znały. Na pierwszy rzut oka wyglądało na to, że łączyła je relacja ściśle narkotyczna i to dosłownie, ponieważ podpłynęły do mnie całe rozrechotane, a posiadaczka boba — dla uproszczenia nazwijmy ją Bobbie — miała upaprane lewe skrzydełko nosa białym proszkiem. Mógłbym się założyć o całe sześć dych, które zostały mi w kieszeni, że nie był to cukier puder po pączkach…
Kiedy już wszyscy zapoznaliśmy się ze sobą nieco bliżej — co sprowadziło się do tego, że wymieniliśmy nawzajem swoje imiona i zapytaliśmy jak się bawimy — a moja maska imprezowicza raz za razem kwitowała bukietem różnorodnych uśmiechów jawne podchody Bobbie, dołączył do nas On z jakąś obcą brunetką uwieszoną u swego ramienia. Na mój widok pocałował mnie w usta, ściągnął mi krawat i zawiązał go sobie na czole. Tak dopełniony wizualnie odwrócił się do Niej, aby szepnąć Jej coś do ucha. Ona uśmiechnęła się, po czym On polizał Ją po płatku ucha w na tyle niedyskretny sposób, że mogłem to dostrzec. Po tej delikatnej pieszczocie, puścił do mnie oko i zniknął w tłumie, pociągając za sobą brunetkę, która nawet się z nami nie przywitała.
Opierałem się o stół, będący wielką szpulą po kablu podziemnym i uczestniczyłem półgębkiem w dialogu dziewczyn. Trzech czwartych wątków nie słyszałem i całe szczęście, bo i tak nic bym z tego nie zrozumiał. Nigdy nie mogłem ścierpieć tej mierżącej paplaniny, która sprowadzała się najczęściej do chwalenia tym, kto co ostatnio osiągnął w pracy, opowieści o jakiejś jeździe, blazie, albo innym przypale, zasłyszanym tu, tam, a może jeszcze gdzieś indziej. Ewentualnie nawijano o swoich lub cudzych przemyśleniach na temat szwarcu, mydła i powidła, niewartych funta kłaków. Tym właśnie różni się rozmowa barowa od rozmowy klubowej. Ta pierwsza otwiera i zostawia pełne pole hochsztaplerskiego manewru. Ta druga — ogranicza i zamyka usta, wymuszając na interlokutorach ucieczkę w metafikcję dialogu opartego na równoważnikach zdań, intuicyjnym przytakiwaniu i monstrualnym nadrabianiu miną.
Zaczynało mnie to wszystko już pomału nudzić i Ona musiała to dostrzec, ponieważ postanowiła przenieść ciężar rozmowy na mnie. Zaczęła robić mi PR i wychwalać moje umiejętności taneczne. Wielki błąd… Jestem bowiem piekielnie cięty na wszelkie formy ustnego włazidupstwa, czczego kadzenia i jakiejkolwiek czołobitności względem mojej osoby. Bettie Page i Bobbie spoglądały na mnie niczym dwie kuropatwy nie do końca przekonane, czy robak, którego właśnie obcinały swoim rozbieganym rozkokainowanym wzrokiem, na pewno nadaje się do dwudziestopierwszowiecznie niefrasobliwego dziabnięcia. Zdecydowałem się zostawić całą trójkę w stanie oczekiwania i na wpół kalamburzyście udając nakładanie makijażu, oznajmiłem, że muszę zniknąć na moment, przypudrować nosek. Chichocząca Bobbie chuchnęła mi do ucha, że chętnie przygruchałaby sobie trochę mojego stuffu, ale powiedziałem, że mówiłem „pantonimicznie”, a kiedy ta zamrugała szybko powiekami, próbując przetrawić mój zbitkowo-wyrazowy neologizm, udałem się w stronę toalety.
Postanowiłem zwiać. W tym celu przecisnąłem się przez rozentuzjazmowaną pijaną ciżbę, wchodząc tym samym do środka klubu. Następnie chyżo prześlizgnąłem się między parkietowymi zawalidrogami i wyszedłem z drugiej strony atrium. Pochyliłem głowę, żeby któraś z dziewcząt mnie nie przyuważyła, kiedy niespodziewanie, w połowie drogi do wyjścia, jak spod ziemi wyrosła przede mną ciemnowłosa towarzyszka Jego, która oznajmiła, że wszędzie mnie szukała i że razem z Nim właśnie opuszczają imprezę, bo mają dość jazgotu. Nie dając mi dojść do słowa, zapytała, czy rzeczywiście jestem tancerzem, bo na niego nie wyglądam. W odpowiedzi zapytałem, jak według niej powinien wyglądać tancerz. Powinien zgrywać się w nieco inny sposób. I nie powinien w ogóle tańczyć w takich miejscach jak to. A przynajmniej nie w imprezowy dzień tygodnia. Uniosłem brew i podejrzliwie indagowałem dalej, nie wierząc, że potrafiła to wszystko wydedukować po kilkunastosekundowej konfrontacji, podczas której nie zamieniła z nami ani słowa. Odparła, że skoro dopytuję ją w ten sposób, potwierdza się to, że ma rację. Zapytałem, czy à propos moich umiejętności tanecznych, czy rzekomo niewłaściwej zgrywy. Odparła kokieteryjnie, że obu. Zarzuciłem jej fuszerkę w orzekaniu sądów na temat tańca, ponieważ nie obserwowała mnie w akcji. W odpowiedzi uśmiechnęła się tajemniczo i wymownie spojrzała na balkon pierwszego piętra. Opuściłem brew i tym razem dla odmiany uniosłem kącik ust, kiedy nadszedł On, który miał już mocno w czubie i zawiesił mi się na szyi, a Brunetce wybełkotał, że ma dość i że jedziemy do domu. Waliło od niego jak z gorzelni. Kiedy przekazałem go oficjalnie jego towarzyszce, oboje zatoczyli się i o mały włos nie wycięli orła. W ostatniej chwili chwyciłem ich oboje pod ramiona. Wymieniłem z Brunetką porozumiewawcze spojrzenie i wyprowadziliśmy Go na zewnątrz.
Słuchając jednym uchem pozbawionej sensu, bełkotliwej opowieści Jego o jakiejś pierdole, mogłem uważniej zeskanować wygląd zewnętrzny ciemnowłosej, która właśnie zmawiała Ubera. Drobna, by nie rzec filigranowa, ważyła nie więcej niż 50 kilogramów, a czarne botki dodawały jej maksymalnie siedem centymetrów do jej nominalnego metra sześćdziesiąt. Była ubrana w czarną skórzaną vintage’ową ramoneskę, pod którą miała fikuśnie wydekoltowaną bluzkę, która, gdyby ją odsłonić, bez wątpienia uwypuklałaby jej piersi strzeżone przez stanik o jakże cudownej miseczce C. Zgrabne łydki i kolana opinały czarne rajstopy bądź pończochy, których górną część przykrywała doskonale dopasowana spódnica mini. „Czarna” od stóp do głów, nie licząc srebrnych wykończeń skóry, całokształtem przypominała nieco krnąbrną francuską aktorkę albo typową rocker girl. Należała do tego arcyrzadkiego gatunku kobiet, które wiedzą, że ubierają się nienagannie i praktycznie bez wysiłku osiągają zamierzony efekt stylizacji, zachowując przy tym maksimum swobody. W epoce Insta-parcia na stylówę, gdy Wielkim Bratem estetyki stali się wszyscy względem wszystkich, prawie nikt nie potrafił tego osiągnąć. Ona, ze swoim nonszalanckim, nieinwazyjnym wizualnie podejściem, przypominała rysia, wylegującego się na polanie. Albo jeszcze lepiej — ocelota — gdyż było w niej coś nietutejszego i nieswojskiego. Jednym słowem — intrygowała. Jednak nie koniecznie, tylko od niechcenia.
cdn.
Rafał Mielczarek (ur. w 1989 r. w Opolu) — prozaik i okazjonalny tłumacz, z wykształcenia filozof. Pracuje w branży iGaming. Publikował w „eleWatorze” i „Kwintesencji”. Wydał tom opowiadań Zwierzęta (2025).
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved