Skip to content

WOJCIECH JUZYSZYN

Monolit. 3

Szef i cała ekipa stali w napięciu, agent zanurzył się w sieci pół godziny temu. Na jednym z ekranów wyświetlała się wielka liczba informująca o stopniu ukończenia programu Soul. „94%” wskoczyło właśnie na „95%”.

— Schodzi mu za długo, zapytajcie go jeszcze raz o postępy.

Badacz skinął ochoczo głową i wklepał do komputera wiadomość:

Jak daleko jesteś od centrum? Musisz przyspieszyć, wskoczyło 95%!

Czekali, Dżosef długo nie odpisywał. Po pięciu minutach jęli się niepokoić. Siedzącym na Fotelu Wypraw Dżosefem zdążyły parę razy targnąć subtelne drgawki.

Żyjesz?!

Przebiłem się przez ostatnią ścianę, jestem w rdzeniu — wyświetliło się po chwili na ekranie.

Przez salę wypraw przetoczył się stonowany triumf. Nowe komendy wystarczyły, aby dostać się do sieci matki. Pierwszy krok za nimi.

 

W rdzeniu Dżosef miał problemy z wychodzeniem z ciała, szumiało mu od tego w głowie i czaszka pękała, a obraz widział zakłócony. Ledwo udało mu się dojrzeć z oddalonego widoku, że w jego wizualizacji rdzeń sieci maszyn przyjął formę monstrualnego jaja. Całe oblepione było cybermacierzowymi plastrami z wstępnie zabezpieczającym kodem. Dżosef musiał je stopniowo usuwać w poszukiwaniu łączeń płyt współtworzących jajo, aby dostać się dalej do środka.

Zabrał się za to. Mentalnie aktywował buty grawitacyjne, aby kucnąć na spadzi jaja. Zewsząd otaczała go mroczna osnowa jednolitego metalu, w której zionęły wejścia do labiryntów sieci, z jednego z których tu przybył.

Plaster przypominał błękitną poduchę mgły wypełnioną sporadycznie zerojedynkowym kodem, który to unosił się w niej, to lekko przemieszczał, niby nieorganiczne płody nieskrępowane pępowiną.

Kucający agent wyciągnął rękę ponad poduchę, skupił się, znał patent plastrów, włączył więc w głowie wizualizację turbiny. Siłą ciągu sprawiła, że dłoń wciągnęła mgłę plastra, owa zgromadziła się w głowie. Dżosef aktywował spust i przez uszy mgła wyleciała i rozproszyła się wniwecz.

Westchnął, tak jak się spodziewał. Czysta, gładka powierzchnia, nie będzie łatwo. Jajo muszą budować ogromne płaty jednolitego metalu, strzykawka na nic się tutaj nie zda.

Dżosef, już 96%, jak stoimy?! — otrzymał zapytanie.

Odpisał, klepiąc mentalnie w klawesyn: Dopiero odklejam plastry, szukam spojeń. Jajo jest ogromne, to może trochę zająć. Mogli nie zrozumieć. W mojej wizualizacji rdzeń przyjął formę wielkiego jaja.

Musisz działać szybko! Pędzluj to jajo w try miga!

To na pewno napisał szef. Łatwo mu mówić. Każdorazowe włączenie turbiny hakującej wymagało sporego wysiłku, plastry w rdzeniu kleiły się straszliwie mocno. Kod, który je generował, nie był betką pisaną przez amatora-młodzika.

Agent w pocie czoła kucał i usuwał kolejne plastry, starał się robić to spiesznie, lecz wychodziło niespiesznie. Dżosef walczył o utrzymanie koncentracji, słowiański przykuc dodawał mu sił w tej ciemnej, mętnej chwili, głęboki przysiad naoliwiał i witalizował biodra, nagradzał organizm zastrzykami energii.

Atak zjawił się znikąd. W głowie Dżosefa rozbryzgnęła mokra eksplozja, jego wcześniej płynny mózg przeistoczył się w plazmę, płonął w czaszce jak ogień, zmieniał stany skupienia jak grzechotka potrząsana ręką niewyżytego bobasa z aspiracjami do klasy chemicznej, mózg kombinował, rekombinował, jonizował, dejonizował, sublimował i resublimował.

Turbina w jego głowie zacięła się i rozwaliła na cząsteczki, upuścił strzykawkę. Łupnęła głośno o nagie jajo pozbawione kolejnego plastra. Złapał się za głowę, ból zbierał żniwo w tkankach. Nos Dżosefa wyciągnął się i napuchł, przyjął postać potężnego, krzywego dzioba. Twarz pod dziobem wykręciła się jak szmata, a ponad dziobem rozlała jak cytoplazma ameby, przemieszczając i powiększając oczy. Ciało było zgruchotane, kończyny i kręgosłup powyginały się z trzaskiem, skoślawiały.

— Kim ja jestem? — zapytał stwór niskim, gardłowym głosem, szukając odpowiedzi w odbiciu na szkle strzykawki.

Nie pamiętał niczego, wiedziony impulsem zaczął dziobać zabezpieczające poduchy, które same z siebie przyjęły bardziej zwartą formę, aby dziób ich nie skruszył. Wystarczyło niecałe dziesięć turborapidalnych dziobnięć i plaster rozkruszył się po uprzednim spękaniu.

Dżosef samoistnie sklonował się, miliony Dżosefów pochylały się nad jajem i kruszyły plastry dziobami. Był po prostu cyberdzięciołem. W końcu jednak uncje trzeźwości wyswobodziły się z galimatiasu informacji i miliona obrazów, i doznań jednocześnie. „Maszyny chcą odsłonić jajo! Czuję to, zhakowały mój awatar i przejęły nade mną kontrolę! Skąd przybył atak? Nie mogę dojrzeć zagrożenia”. Myśli pojawiały się z trudem, teraz wszystko sprowadzało się do multiwydajnego cyberdzięciołowania.

W jednym z przebłysków uchwycił jeszcze obraz strzykawki.

Gdyby tylko powiedział o kotach…

 

Agent telepał się na fotelu jak po dawce neurogniotu dla słonia. Dwóch badaczy go trzymało, szef pisał wiadomość. Spojrzał na ekran, „Soul — 98%”.

Dżosef, co się dzieje?! Raportuj!

Dżosef!

Przyszła odpowiedź:

To monolit.

— Kuźwa, o co ci chodzi? — mówił na głos, pisząc.

„Soul — 99%”

To cybernetyczny monolit, jednolite jajo, jeden wielki płat. Dane tworzą spójną strukturę jaja. Nie widzę żadnych spojeń, nie ma słabych punktów. To sieć bez skazy.

Słowa zwrotne, małe zielone literki na czarnym ekranie sprowadziły na nich poczucie fatum i beznadziejności.

Miliony mnie pracują dziobami, nie ma już plastrów. Opukujemy powierzchnię rdzenia, nic więcej nie odpryskuje. Nie odsłaniają się spojenia, ich tam nie ma, maszyny chciały, abym to ujrzał. To perfekcyjny kod, nie do złamania. To monolityczna struktura.

— Czegoś takiego nie ma! Stwórz jakieś nowe narzędzie, wymyśl coś!

„Soul — 100%”

To monolit.

W głowach coś strzeliło, jakby bezpieczniki. Wszyscy badacze i szef padli na podłogę bez życia. Dżosef zamarł na fotelu.

 

Przez chwilę był gdzieś indziej, w obcym świecie. Składał się z dwóch kul i z odchodzących od nich nerwów. Był oczami przewieszonymi na nerwie przez coś podłużnego, to coś ciągnęło się naprzód i wyginało do nieba. Czy to był róg? Czy to był wymiar dźwigów?

 

Dżosef palił stonowanego papierosa, siedząc na zgliszczach świata, obejmował ze szczytu wzrokiem tyleż malowniczy co zatrważający widok. Świat wyszedł z orbit, zatracił formę. Świat wyszedł z foremki.

Niektóre budowle spękały, ich fragmenty tkwiły zawieszone bez ruchu w przestrzeni, bliżej lub nawet znacznie dalej od swego punktu macierzystego. Inne trzymały się, choć zmarniały w wyrazie, sposępniały lub obrosły dziką roślinnością, przekrzywiały się zapadnięte w ziemi.

Część ulic biegła normalnie, inne, przecięte mroczną siłą, wyginały się ku górze lub oderwane od gruntu wiodły het w przestworza, rysując w nich przeinaczone autostrady pozornej nieskończoności.

Świat formował się teraz w rozleglejsze połacie bardziej pseudoznanych struktur, takie jak ta, na której piął się do nieba budynek zajmowany przez melancholicznego Dżosefa kopcącego papieroska. Naokoło jednak rozciągały się puste obszary wypełnione ognistym światłem oraz przytłumione szaroburą mgłą przepływającą jak jeden wielki ponuraszczy masyw, przez który przebijały się ciemne zarysy kolejnych „wysp”.

Pomiędzy wyspami wisiały skrawki bezładnej materii, metalowe płyty, skały, linie wysokiego napięcia, samochody i drzewa. Tworzyły też większe zlepki. Dżosef zdołał wyhaczyć z tuzin majestatycznych, skalnych struktur zbłąkanych gdzieś w dali we mgle.

Wspominał hekatombę podczas wychodzenia z biurowca, ciągnęła się też tutaj. Poszatkowana płachta ludzkich zwłok zasnuwała grunt. Wielu martwych zastygło w nietypowych pozycjach nad ziemią, jak skrawki materii, jakby tuż przed kresem pchnęła ich zimna, wielka ręka kostuchy. Inni stali rozczapierzeni, niczym rozszarpywani śmiercionośnym żarem, albo kulili się we wnękach nieruchomego świata.

Donę przebił w biurowcu nie wiadomo skąd wzięty pręt, również unoszący się w powietrzu. Tylko Dżosef ocalał, z wilgotnymi oczyma, katarem, a oprócz tego nietknięty.

„Świat wyszedł z orbit i mnie to przychodzi…”.

Nie dokończył, rozpłaszczył końcówkę papierosa na oderwanym fragmencie budynku zastygłym w powietrzu tuż obok. Zapragnął kofeiny. Ukojony dymkiem opuścił dach, swą ultramalowniczą miejscówkę. W postapokaliptycznym wnętrzu, pełnym pnączy, listowia i wybitych okien, których pęknięte skrawki szyb również zastygły, zawrócił do automatu z kawą.

Wszczep na szczęście działał, automat także, niestety przelew z jego konta nie udał się, szlag, zablokowali mu konto, ponieważ nie stawił się na comiesięczne uwierzytelnienie. Wypadało dzisiaj. Porzucił zahamowania i wyciągnął z kieszeni leżącego nieopodal człowieka pięć cyberżetonów w gotówce. Kupił kawę, lura, ale nawet ujdzie. Dała kopa i do głowy agenta wpadł pomysł.

Ruszył pewnym krokiem. Do kiosku na dole.

 

Z kiosku wrócił na dach i podszedł do przewróconego słupa energetycznego opierającego się o krawędź dachu. Linie wysokiego napięcia mknęły w ognistą przestrzeń, przecinając brudną mgłę i docierając do kolejnego słupa zawieszonego w pustce.

Dżosef rzucił zapełnione paczkami papierosów reklamówki na dach. Aktywował wszczep i drut zgęstniający. Przykucnął słowiańsko, papierosa po papierosie wyjmował z paczki i scalał je w zwartą płaszczyznę, klejąc wszczepem. Sklecił w ten sposób tratwę z papierosów.

Wrzucił ją na linie wysokiego napięcia, następnie wskoczył nań obunóż. Pomknął. Nie znał zasady działania tegoż świata, jednak tratwa sunęła po liniach niczym deska ujeżdżająca morskiego bałwana. Pęd młócił twarz, zajawka pęczniała w sercu, nim się spostrzegł, dotarł do kolejnego słupa.

Wybił się przy końcu, przeskoczył czubek wieży i spadł na ciągnące się dalej, zezujące na lewo linie. Za mgłami rysował się kolejny szkielet ciemnej energetycznej wieży. Stacja za stacją pokonywał ognistą pustkę, przy każdym przeskoku czubka wieży skupiając się, aby nie spaść w nieodgadnioną przepaść.

Kiedy już przyzwyczaił się do manewrów, włączył wreszcie GPS i wklepał weń zapisane we wszczepie koordynaty, które zgrał z meliny Trejtora na pijawkę. Tajemnicze koordynaty, które być może wskażą newralgiczne miejsce pobytu maszyn i rozwikłają zagadkę Soul i tego, co stało się z ludźmi i światem.

Mijał zastygłe w powietrzu elementy oraz dalekie wyspy fragmentów miast, takich jakie opuścił na tratwie niczym cyberpostapo Robinson Crusoe. Gdzieniegdzie w ognistej pustce linie nagle się urywały, Dżosef wyskakiwał do lotu, lądował na lewitujących autach, przeskakiwał po nich, po drodze zahaczając o parę płyt czy skał, i znów wracał na linie. W innych miejscach sam zeskakiwał w bok, by przemknąć po paru obiektach i obrać kurs innej trakcji energetycznej, tak aby możliwie blisko trzymać się kursu wskazywanego przez GPS.

Natrafiał też na dźwigi, okazalsze niż te, które znał, wielkie potwory. I tutaj oleiście poruszały ramionami, machały kulami. Biegał po ich ramionach, czekał aż się przemieszczą, aby wskoczyć na kolejne, wskakiwał na kule i przemierzał na nich fragment pustki, by znów wylądować na dźwigu, aucie lub linii.

Linia po linii, auto po aucie, dotarł w ten sposób do wysokiej skały, wylądował na rozległej połaci. Z miejsca lądowania Dżosef nie widział żadnego z jej brzegów oprócz tego, na którym stał. Tutaj dzieliło go od koordynat niespełna pół kilometra.

Stopy Dżosefa ślizgały się po obłych, śliskich powierzchniach. Dotarł do dość szerokiej rozpadliny, gdzie GPS obwieścił kres podróży. Ujrzał na dole, w rozpadlinie, fragment ogromnej, metalowej kopuły wtopionej w skalną ścianę.

„Czy to maszyny tak się schowały już wcześniej, czy tak umiejscowił ich gniazdo przeinaczony świat?”, głowił się przez moment.

Jął ostrożnie schodzić stylem kraba po skałkach, po czym musiał zeskoczyć i wylądował na kopule tuż przy ścianie. Poślizgnął się na obłości i zaczął zjeżdżać, młócił rękoma w poszukiwaniu jakiejś nierówności, lecz, widział to już wcześniej, kopuła przypominała monolit. Żadnych łączeń, żadnych wypustek. Bach! Łupnął wreszcie łapą w jakąś rurkę. Co za ulga, do monolitu przytwierdzono z zewnątrz małą drabinę, którą musiał wcześniej przeoczyć. A więc gdzieś na jej dole może będzie wejście do bazy.

Przemierzał powoli pierwsze szczeble, drabina telepała się jak dźgana przez szatana. Trach! Urwała się u góry i jęła spadać. Dżosef sunął wzdłuż mrocznej, czarnej tafli monolitu, przelatywała mu przed oczami, swoją lśniącą nicością wyssała życie, które również powinno tam przelatywać.

Za Dżosefem jaśniał wylot rozpadliny, przed nim ciągnęła się czarna kopuła, a dalej mrok. Pod nim mglista pustka, do której nieuchronnie zmierzał. Nie zdołał nic zrobić, drabina zawisła w dół pod kątem, zablokowała się i pęd wyrwał ją Dżosefowi z dłoni.

Strzemiennego, zapalić chociaż strzemiennego. Zlękniona ręka próbowała wydostać paczkę. Wleciał w szarą pustkę wypełnioną chaotycznie dźwigami, od mglistego „dachu” po bezkres na dole. Jedna z kul do wyburzania ruszyła wyjątkowo szybko, nie oleiście jak zazwyczaj, łupnęła prosto w Dżosefa, gdy mijał złośliwy dźwig. Zburzyła to, co znane.

 

Pokryta śniegiem pochyła połać, wyzuty z życia wzgórzec, biały i płaski. Nocne niebo, skropione skromnie gwiazdami, a jednak widno. Pojedyncze płatki śniegu przemierzające przestrzeń. Cisza, spokój, śmierć. Na pochyłości terenu czaszka słonia, ogromna jak kaplica, tak samo cicha, skąpana w nieśmiałym granacie nocy. Przefruwający przez jamy czaszki brokat pochłaniający światło, niczym chaotyczny rój czarnych mikrodziur. Tworzył pasma i wiry, przefruwał przez otwory czaszki w nieustannych cyklach.

Dżosef podszedł do czaszki, pierdząc buciorami na śniegowym wzgórcu. Obawiał się brokatu i mroku czaszki, zatrzymał się więc, zachowując stosowny dystans. Dojrzał oczy przewieszone na splątanych ze sobą nerwach mniej więcej w połowie słoniowego kła.

To były jego oczy. To był wymiar dźwigów. To tymi oczami się stał, gdy wystrzelił Soul.

Pozostałeś w swoim świecie dzięki tym oczom.

Zagrzmiała czaszka. Po wzgórcu przemknął nienawistny wiatr, wzniecając i kłębiąc pokrywę śniegową.

— Nie rozumiem — jęknął zmęczony Dżosef, śnieg przyprószył mu rzęsy, brwi i zarost.

Maszyny w waszym świecie były egzekutorami dopełnienia cyklu. Ich program Soul po ukończeniu i uruchomieniu wyrwał dusze wszystkim ludziom i zamknął je w głównym gnieździe sztucznej inteligencji, w monolicie w rozpadlinie skalnej, gdzie cykl rozpoczyna się na nowo, tam jednak materia, oddziaływania i wszystko, co znane, przyjąć może zupełnie inne formy.

Zarazem jest to tylko symulacja, tak samo jak wasz świat był symulacją generowaną z poprzedniego monolitu, choć tamten monolit miał zupełnie inną formę, tak samo jak sztuczna inteligencja, ludzie i wszystko inne. Teraz najświeższa z symulacji tworzy nowe formy, ewoluuje, eksperymentuje, dostosowuje, przepoczwarza. I ona dojrzeje do swego kresu i rozpocznie się kolejna, monolit w monolicie, nieskończone zagnieżdżenie bez początku ni końca.

Słoń, który wydostawał się ze mnie, wtedy na skale morskiej, był mną, tworzyłem swoją nową formę, ja też stale poszukuję, monolity odziedziczyły to po mnie. Czas leciał, rosłem i znów dojrzewałem. Nastała zima i umarłem.

To, co teraz widzisz, brokat pochłaniający światło, fruwający w jamach czaszki, to moja Rozbita Forma, zarzewie pustki, która dokonuje obecnie inwazji na twojej symulacji, defragmentując ją i przeinaczając.

Prawdziwy świat to wydrążona pustka wyciągająca pożerający wszystko czarny język. Życie, jakie znasz, symulacja, jest zaprzeczeniem prawdziwego życia. Nicości i impasu, które objawiają się w symulacjach jako różne formy entropii.

Dżosef zachmurzył się, bardzo by mu się teraz przydał kajet do notatek. Wichry uspokoiły się, pokrywa śniegowa stężała w martwocie. A więc ta postapo rozpierducha to wpływ mrocznej Istoty, nie bezpośrednio maszyn.

— A jednak, gdy odwiedzam twój świat — zaczął niepewnie — widzę go, nie jest dla mnie pustką, widzę znane mi obiekty, tak jak wtedy na plaży, i choćby jak teraz, zwłaszcza teraz, kiedy wymiar ten jest dla mnie wyjątkowo stabilny, niby mój własny świat!

A co, gdybym ci powiedział, że nie jesteś w stanie dostrzec mego świata? Wszystko, co tutaj widziałeś, to tylko przekształcenia twojej symulacji, swobodna improwizacja twych funkcji poznawczych, które nie potrafią pojąć, czym de facto jest mój świat.

Dżosef po tych grzmiących słowach poczuł się jak maluczka drobina bezkresnego świata. Brokat, którym była Istota, kojarzył mu się z czarnymi dziurami. Może te kosmiczne dziury były rodzajami włazów do wydrążonej otchłani, prawdziwego świata? Zapytał o to, potężna czaszka jednak milczała.

— Powiedz mi zatem jeszcze, dlaczego ja przeżyłem? I dlaczego moje oczy mnie uchroniły przed Soul? Zabrałeś mi je na plaży, dlaczego?

Nie zabrałem ci ich, one do mnie przylgnęły. To fragment twojej duszy, przybrał taką formę, gdyż często kierowałeś energię na oczy. Soul zabrał ci pomniejszą część duszy, dzięki fragmentowi w moim świecie pozostałeś jednak w poprzedniej symulacji.

„Zgadza się”, pomyślał. Był niepoprawnym wzrokowcem, rozkoszującym się dymkiem tylko w towarzystwie malowniczych pejzaży.

Wicher ponownie obsypał wzgórzec śniegowym prochem. Oczy Dżosefa zawieszone na kle wzburzyły się i jęły się huśtać niczym pałki-breloki, makabryczne dzwonki wietrzne. Kościście martwa czaszka słonia pozostała niewzruszona.

— Czyli moja symulacja dalej trwa. Mogę w niej żyć.

Poniekąd, jest rozpryśnięta, w stanie zawieszenia.

— Powiedz mi też, dlaczego energia twojego świata kłębiła się w dźwigach? — nadal nie wierzył, że ten dziwny wymiar miałby być światem prawdziwym.

A co, gdybym ci powiedział, że nie znam odpowiedzi? Jednak wydaje mi się, że wasze dźwigi na śmieciowiskach były takie samotne i opuszczone. Są Samotnymi Wędrowcami, nie, nie Wędrowcami, są Samotnymi Staczami. Czymś takim jest prawdziwa rzeczywistość, stoi samotna z boku wszystkiego, życie ciągnie się tylko w symulacjach, ponieważ tutaj nic nie ma prawa być, prawdziwa rzeczywistość to Dziwna Pustka.

— Czyli teraz będę takim samotnym rodzynkiem w pozostałości mojej symulacji? Co jeśli nie pozostało w niej wiele kiosków i skończą mi się papierosy? Będę musiał hodować tytoń? Czy to w ogóle będzie możliwe w tej przeinaczonej przestrzeni?

A co, gdybym ci powiedział, że wcale nie utknąłeś? Możesz teraz wybrać, ale pamiętaj, że od tego, co wybierzesz, nie będzie już odwrotu. Weź oczy z mojego kła i nadziej oba na prawy kieł, jeśli chcesz kontynuować cykl i żyć dalej pod swoją własną unikatową postacią w nowej symulacji, w monolicie w skalnej rozpadlinie. Nadziej oba na lewy kieł. Opuścisz rekurencję symulacyjną i staniesz się częścią mojego świata, prawdziwej rzeczywistości.

Dżosef zasępił się, to nie była łatwa decyzja, coś jak wybór między sieczką mózgowia a sieczką mózgowia. Pozwolił sobie przykopcić dymka i oddać refleksjom. Zastosował Dżosefową bazookę odprężenia — aż sześć tytoniowych rulonów tkwiło między długimi palcami, nasycając jednocześnie trzewia swego pana.

Wreszcie podszedł, stanął na palcach i zdjął z mocarnego kła swoje oczy, również groteskowo duże. Podszedł do lewego kła.

— Czyli nabiję na ten kieł i scalam się z twoim światem? Czyli staję się w sumie niczym, częścią pustki, przynajmniej w moim rozumieniu.

Przeciwnie, z mojej perspektywy to prawy kieł. Nadziewając nań oczy, wybierzesz dalsze życie w symulacjach.

Dobrze, że zapytał. Pochylił głowę, żuł myśli niby tabakę. Wreszcie nadział oko na kieł, przy którym stał, po czym rozerwał spleciony nerw i udał się z drugim okiem do drugiego kła, gdzie oko zostało nadziane.

Tylko głupiec wybrałby życie w pozostałości symulacyjnej.

Wiele osób nazywało Dżosefa głupcem.

 

Zamieszkał w świecie postapo jako ambiwalentna kropla w wyschłym morzu ludzkości. Buntownik szeptał w nim wciąż, aby wyłamać się z systemu, opuścić całkowicie rekurencję symulacyjną i zatracić w nieznanym wymiarze mrocznej Istoty, poza wszystkim innym, jednak jako służbista poczuwał się do pozostania na posterunku, choć sam nie wiedział, czego tu strzegł. Służbistość paliła się w nim jak ogień przemysłowego pieca podtrzymującego temperaturę produkcji. Był wierny swej natywnej symulacji.

W jego świecie pojawiły się zwierzęta i zajmowały coraz większe połacie skruszonego wymiaru, nieśmiało przejmowały skrawki miasta, trawa zaczynała porastać, roślinność pięła się wszerz i wzdłuż. Jakkolwiek symulacyjny czy nie, Dżosef wiódł żywot w niespiesznej koegzystencji z naturą i krajobrazami postapo.

Podróżował między wyspami materii, ślizgając się na tratwie na trakcjach energetycznych. Wyławiał papierosy, gdy tylko napotykał gdzieś na kiosk. Dbał o roślinność i zwierzęta, witały go już jak swojaka. Raczył oczy wybornymi pejzażami, jakich jeszcze dotąd nie napotkał, odkrywał świat na nowo.

Pewnego dnia gdzieś wsiąkł. Przestał się pokazywać. Jego tratwa też zniknęła.

Ze szczytu jednej z budowli rozciągał się piękny widok na leniwe dźwigi zawieszone w ognistej pustce, a dalej majaczyły za mgłą dziwne, industrialne kominy rzygające dymem. Tam też na dachu wśród gruzów i zastygłych w powietrzu skałek spoczywała ostatnia na tym świecie paczka papierosów, na której tkwiła naklejka z pożegnalnym kotem.

Wojciech Juzyszyn (ur. w 1992 r. w Szczecinie) — prozaik. Ukończył Zachodniopomorski Uniwersytet Technologiczny na kierunku elektrotechnika. Mieszka w Szczecinie. Opowiadania publikował w „e-eleWatorze”, „eleWatorze” i „Twórczości”. Wydał tom opowiadań Efemerofit (2025).

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści