ADAM CISZEWSKI
Siedemdziesiąt trzy razy
O siódmej obudził mnie telefon. Połączenie przychodzące od nieznanego numeru.
— Halo?
Przedstawił mi się obcy mężczyzna. Brzmiał jak ktoś, kto ze wszystkich sił próbuje zachować panowanie nad głosem, a ten głos chwieje się coraz mocniej i tylko patrzeć, jak runie i pęknie.
— Paweł nie żyje, zmarł wczoraj w nocy — powiedział.
To dziwne, ale pierwsze, co przyszło mi do głowy, to myśl, że mój rozmówca będzie musiał w najbliższym czasie powtarzać tę formułkę wiele, wiele razy. Znałem go z kilku słodko-gorzkich anegdot opowiadanych przez Pawła na domówkach. Jurek, starszy brat. Postać trzecioplanowa.
— Co się stało?
— Mam do ciebie prośbę.
Rozmowy tego typu zawsze są bardziej lub mniej surrealistyczne. Do bólu konkretne. Gdyby je przeanalizować, można by dojść do wniosku, że oto komunikują się ze sobą przedstawiciele jakiejś obcej kultury czy nawet gatunku — nieczuli, do bólu pragmatyczni kosmici.
Słowo „prośba” nijak nie pasowało do kontekstu. Nic dziwnego, że zaniemówiłem.
— Halo?
— Jestem, jestem. Słucham, czego potrzebujesz?
— Możesz przyjechać?
— Do…
— Do Pawła, tak.
— Teraz?
— Teraz.
Pobiegłem do samochodu. Wciąż nie wiedziałem, co się stało, ale nie miałem wątpliwości, że Jurek nie powie mi tego przez telefon.
Czy pomyślałem o tym, o czym pomyślałby każdy na moim miejscu? Jasne. Cóż z tego, że Paweł nie był tego rodzaju… typem? Takim też się to zdarzało. Zmarł. Pojemne słowo. Pasujące do wszystkich okoliczności.
Dzień był pochmurny, kropiło. Wrzuciłem adres w nawigację, miałbym problem z odszukaniem właściwego bloku. Kiedy byłem tam po raz ostatni? Na parapetówce, czyli piętnaście lat temu. Dobry Boże.
Przewidywany czas dojazdu wydłużał się z minuty na minutę. Poranne korki.
Wlokłem się przez miasto, dryfując od wspomnienia do wspomnienia. Z jakiegoś powodu zatrzymałem się na dłużej przy imprezie, na którą Paweł przyszedł sam i poważnym tonem oznajmił, że rozstał się z Magdą. Dziewczyny natychmiast zarzuciły go pytaniami, na które przez cały wieczór odpowiadał zdawkowo. Nawet wiele, wiele kieliszków później.
Nigdy nie zdradził nam szczegółów rozstania, a my zwyczajnie pogodziliśmy się z tym, że Magda, całkiem sympatyczna dziewczyna, z dnia na dzień przestała być elementem domówkowej mozaiki. Moja Anka potem z nią pisała, jednak nie dowiedziała się niczego więcej. Miały się spotkać, ale nic z tego nie wyszło.
Kiedy to było?
Parę lat przed pandemią. Dobry Boże.
Od tamtej pory Paweł był sam, ale nie narzekał. Nie lubił narzekać.
Włączyłem radio. Przełączałem stacje przez kolejne dwadzieścia minut, których potrzebowałem, by dotrzeć na miejsce.
Sporo się zmieniło. Wycięto parę drzew, rozmontowano kiosk ruchu, pomalowano bloki. Osiedle wyglądało niczego sobie, dużo lepiej niż przed laty. Zazdrościliśmy Pawłowi tego mieszkania jak jasna cholera. Kiedy je dostał, gnieździliśmy się z Anką w kawalerce, daleko od centrum. A tu pyk — farciarzowi spadło z nieba własne M3 i to w takiej lokalizacji. No dobra, nie spadło z nieba. Dostał je w spadku po jakimś krewnym.
Paweł nigdy nie zapraszał nas do siebie. Regularnie go o to męczyliśmy, sugerując, że nie chce mu się nawet raz do roku, od święta, ogarnąć chaty na przyjęcie gości. Z pokorą słuchał zarzutów i dokładał samemu sobie:
— Lepiej dla was, żebyście nie widzieli, jak wygląda mój dom.
To był jego dyżurny tekst. Parę razy, dla odmiany, zarzekał się, że na bank wkrótce nas zaprosi, ale na obietnicach się kończyło.
Drzwi otworzyły się przede mną, zanim zdążyłem zapukać. Jurek nie wyparłby się brata, nawet uszy odstawały mu w identyczny sposób. Wyciągając do mnie dłoń, spuścił wzrok i nie odezwał się słowem. To, co ujrzałem za progiem, miało mówić samo za siebie.
Paweł zadbał o to, by ścieżki, które wytyczył, nie były zbyt ciasne, a piętrzące się od podłogi po sufit przedmioty nie walały się pod nogami. Sposób, w jaki poukładał na sobie kolejne warstwy kartonów, reklamówek, pustych opakowań po jedzeniu, powiązanych sznurkiem czasopism i ubrań, nie był przypadkowy; konstrukcje wyglądały solidnie. Mogły stawiać opór grawitacji do końca świata.
Najgorzej było w sypialni. Zupełnie, jakby Paweł przeznaczył ją na graciarnię. Graciarnię graciarni. Łóżko, o ile wciąż gdzieś tam było, przykryte zostało wielobarwną masą wszelkiego rodzaju śmieci.
Rozpoznałem stół w salonie, ten sam, przy którym siedzieliśmy na parapetówce. Paweł umieścił go na środku pokoju i zostawił tyle miejsca dokoła, aby dało się z niego korzystać bez ryzyka potrącenia ścian zbudowanych ze szmelcu. Podobnie jak w sypialni, dostępu do okna nie było.
Na stole walały się papiery. Pisma z urzędów, rachunki, odręcznie sporządzone notatki.
— Wiesz, gdzie spał? — W głosie Jurka brzmiały zmęczenie i rezygnacja. — Na korytarzu. Rozwijał sobie śpiwór.
„Uronić łezkę”, cóż za okropny frazeologizm. Ośmieszający smutek czy rozpacz, która pojawia się i szybko znika, bo nie zawsze jest na nią czas i miejsce. Przetarłem mokre oczy dłonią.
— Nie miałem o tym pojęcia — wydusiłem.
Bo gdybym wiedział, nie pozwoliłbym na to. W ten czy inny sposób. Prawda?
— Prosił, żeby zadzwonić do ciebie.
— Do mnie?
— Na stole leżała kartka z twoim numerem. Napisał: „Jakby coś się stało, dzwonić do Marka”.
Aż do tamtej chwili nie wydało mi się dziwne, że Jurek skontaktował się właśnie ze mną. Założyłem po prostu, że znalazł mój numer w telefonie brata.
Tylko że Jurek mógł zwrócić się do kuzynostwa, które też mieszkało w mieście. Albo do Wiktora, przecież on i Paweł znali się dłużej.
— Co się stało? Jak?
— Zawał.
Tak, przekroczyliśmy tę parszywą linię, za którą zawał czy wylew można było skwitować pełnym współczucia: „to straszne”, a nie żądającym dalszych wyjaśnień: „jak to w ogóle możliwe w tak młodym wieku?”.
— Znalazłem coś takiego.
W pierwszej chwili nie wiedziałem, co też Jurek mi pokazuje, ale już sekundę później poczułem, jak gdzieś na dnie mózgu z trzaskiem otwiera się zapomniana szufladka.
Kiedy to było?
Siedzieliśmy u nas. Impreza musiała trwać już dobrą chwilę, bo miałem nieźle w czubie. W tamtych czasach spotykaliśmy się regularnie i piliśmy naprawdę dużo. Głównie wódkę, od wielkiego dzwonu tańszą whisky albo rum. Ja i moja Anka, Wiktor z Patrycją, no i Paweł — najpierw sam, potem, przez krótko, z Magdą, i znowu sam. Już do końca sam.
— Coś wam przyniosłem! — Paweł podniósł się z tapczanu i sięgnął po kurtkę. Wygrzebał z niej kolorowe koperty.
Były na nich wypisane nasze imiona i wydało nam się to komiczne. Wiktor zaczął podpytywać, jaka jest ich zawartość, robiąc głupkowate i nieprzyzwoite sugestie, co kwitowaliśmy kolejnymi wybuchami śmiechu. Jak doszło do tego, że Paweł, koniec końców, nam ich nie wręczył? Nie chciał tego zrobić, czy my nie chcieliśmy ich przyjąć?
Wziąłem kopertę od Jurka i ostrożnie ją rozdarłem. W środku znalazłem złożoną na pół kartkę. Wyglądała, jakby pospiesznie wyrwano ją z zeszytu, brzegi były postrzępione.
„73 razy”.
Spory napis. Gdyby chcieć go odtworzyć na komputerze, trzeba by wybrać czcionkę o rozmiarze sto, coś koło tego.
Paweł napisał to odręcznie. Schludnie, wyraźnie. Nie znałem jego charakteru pisma, niby skąd miałbym znać? Co innego Wiktor, w końcu przez pewien czas razem studiowali.
Czemu kazał dzwonić do mnie?
„Co, siedemdziesiąt trzy razy?”, pomyślałem sobie po raz pierwszy i, niestety, nie po raz ostatni.
— Nie wiem, o co chodzi — rzekłem bardziej do siebie niż do Jurka, który czekał, aż ustosunkuję się do tego, co znalazłem w zaadresowanej do mnie kopercie.
— Zupełnie?
„Jakie to ma znaczenie?”, pomyślałem ze złością.
— Zupełnie.
Nie wyznałem mu, że tę czerwoną kopertę — czemu akurat czerwoną? — widziałem już wcześniej. Wydało mi się to głupie, niedorzeczne. Jurek mógłby wręcz pomyśleć, że żartuję, albo że coś sobie ubzdurałem.
Byłem ciekaw, czy pozostałe koperty się odnajdą. Jedna z nich na pewno była zielona, choć nie pamiętałem, kto był jej adresatem.
Co symbolizuje zieleń? Co symbolizuje czerwień?
„Co, siedemdziesiąt trzy razy”?
Zaczęliśmy sprzątać sami. Wieczorem Jurek dał się przekonać, by wezwać na pomoc Wiktora. Informację o śmierci naszego kumpla przekazałem mu niezwłocznie, ale nie mówiłem nic więcej. Był w zbyt wielkim szoku, by wnikać, dlaczego ja dowiedziałem się o wszystkim przed nim.
Spędziliśmy tam cztery dni. Jurek nie wyglądał na kogoś, komu zależy na czasie, ale ja i Wiktor chcieliśmy mieć to jak najszybciej z głowy. Wzięliśmy wolne w pracy i zasuwaliśmy od rana do nocy.
To, co Paweł poustawiał w wieże i upakował w sypialni, w miażdżącej większości było zwykłymi śmieciami. Z początku chcieliśmy to wszystko starannie przejrzeć i posegregować, ale szybko sobie darowaliśmy. Jurek zamówił kontener, zrzucili go z ciężarówki na trawnik przed blokiem. Nie konsultował tego z administracją, na szczęście nikt się nie przyczepił.
W trakcie sprzątania natknęliśmy się na trochę robactwa, ale, jak na panujące w mieszkaniu warunki, było tego niewiele. Smród, oprócz łatwego do zniesienia zapachu stęchlizny, nam nie dokuczał. Paweł nie zbierał cuchnących odpadków.
W połowie roboty wypadł dzień pogrzebu. Zapakowaliśmy się w czwórkę do mojego fiata i pojechaliśmy do rodzinnej wioski Pawła. Najbliżsi płakali, nasze dziewczyny też. Gdybym nie pokazał Ance zdjęć z mieszkania, nie uwierzyłaby, co tam zastałem.
Odręczne notatki Pawła były związane wyłącznie ze sprawami zawodowymi. Nie natknęliśmy się na żadne pamiętniki, nic w tym rodzaju.
Pozostałych kopert też nie znaleźliśmy.
Ostatniego dnia zaprosiliśmy Jurka na piwo. Nie dał się skusić. Był skrytym i powściągliwym facetem, ale za pomoc dziękował wylewnie. Chciał nam zapłacić, odmówiliśmy.
Nastroje z Wiktorem mieliśmy podłe, nie mogliśmy się zdobyć na to, żeby powspominać Pawła na wesoło. Urżnęliśmy się.
Zapytałem Wiktora o tamten wieczór z kopertami, a on niczego takiego nie pamiętał. Kazałem mu napisać do Patrycji. Coś tam kojarzyła, choć była przekonana, że działo się to w ich mieszkaniu. No i że każde z nas dostało w końcu zaadresowany do siebie list. Tak? To co w nich było? Nie wiedziała. Z kolei moja Anka pamiętała mniej więcej tyle, co ja. Wydawało jej się, że prosiła Pawła, by wręczył jej kopertę, ale kategorycznie odmówił.
Czemu się rozmyśli?
„Co, siedemdziesiąt trzy razy”?
Trzymałem kartkę na blacie barowego stołu i nie mogłem przestać się w nią wpatrywać.
— Nie wiem, czemu się tym przejmujesz — rzucił Wiktor. Denerwował mnie. Gdzieś po trzecim piwie robił się zawsze ospały i zrzędliwy, ręka mnie swędziała, żeby trzepnąć go w łeb.
— O co mu chodziło?
— Skąd mam wiedzieć?
— Niby co? Siedemdziesiąt trzy razy co? Znieważyłem go? Zaszedłem mu za skórę? Czy wprost przeciwnie?
— Już się nie dowiesz.
— Bez jaj, Sherlocku.
— Daj sobie spokój.
— Czy byliśmy wobec niego w porządku?
Wiktor nie odpowiedział od razu. Pociągnął solidny łyk piwa.
— To znaczy?
— Na przykład…
— A, czekaj! — Wiktor uniósł palec, jakby coś sobie przypomniał. — Oczywiście, że nie. A wiesz, czemu? Bo gówno o nim wiedzieliśmy. Wielcy, kurwa mać, koledzy.
Śmiałem się z tego, że był sam, ale wszyscy to robiliśmy.
Szydziłem z tego, że nie zaprasza nas do siebie, ale on sam z tego szydził.
Wypominałem mu dodatkowe kilogramy, ale kiedy sam trochę przytyłem, nie pozostawał mi dłużny.
Kiedy spotykaliśmy się bez niego, zawsze o nim plotkowaliśmy, ale nie mówiliśmy niczego, o co mógłby się obrazić. Raczej.
Jakiś tydzień później obudziłem się w środku nocy. W mojej głowie, niczym waląca o szybę mucha, tłukła się jedna myśl:
„Nie wiesz, nie wiesz, nie wiesz”.
Jurek powiedział mi, że Paweł zmarł na zawał.
Uwierzyłem mu na słowo. Czemu nie?
„Jakby coś się stało, dzwonić do Marka”.
Czy naprawdę tak napisał? Co mogło się stać? Zawał mógł się stać? Ile w tym wszystkim było prawdy?
„Nie wiesz, nie wiesz, nie wiesz”.
Ksiądz w trakcie pogrzebu był zdawkowy. Na cmentarzu ludzie nie plotkowali.
Co z pozostałymi kopertami? Może Jurek je zniszczył? Czemu miałby to robić?
Co w nich było?
Czy Paweł ciągle by żył, gdyby nam je wtedy wręczył i wyjaśnił, o co chodzi?
Równie dobrze mógł to być jakiś słaby dowcip, na tyle słaby, że na ostatniej prostej się z niego wycofał.
Ale kopertę zachował.
Tylko moją kopertę. Niby.
Podobnie jak puste butelki po wodzie mineralnej z kilku ostatnich lat.
Wiedziałem, że już nie zasnę. Poszedłem do salonu i wlepiłem spojrzenie w widok za oknem. Ku mojemu zdziwieniu i uldze, myśli raptem wyhamowały. Postanowiłem więc siedzieć tak i czekać na pierwsze promienie słońca, które przegonią mrok i nadadzą niebu kolor.
Czekałem.
Adam Ciszewski (ur. w 1989 r. w podkrakowskich Proszowicach) — z wykształcenia filolog angielski, z zawodu przedsiębiorca. Mieszka w Krakowie. Jego teksty znalazły się w zbiorach: Fantastyczne Pióra 2021, Baźnie, Fantastyczne Pióra 2023 oraz na łamach pism: „Biały Kruk”, „e-eleWator”, „Nowa Fantastyka”, „Strona Czynna”.
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved