Skip to content

KRZYSZTOF WACŁAWIEC

Osiem dni w jedną ponurą noc [fragment 8]

 

8

Rano nie przejechał żaden autobus. Ten do Wodzisławia powinien punktualnie o szóstej zatrzymać się na przystanku. Nikt na niego nie czekał. Wszyscy, którzy mieli nim jechać tego ranka, zmienili plany. Kilka minut po szóstej strzały i wybuchy za miastem umilkły. Od Raciborskiej dało się słyszeć zgrzytanie gąsienic nadjeżdżających czołgów. Przodem jechały trzy lekkie czołgi, jeden z napisem „Prag” na bocznej burcie, za nimi wozy opancerzone, samochody i motory, na nich żołnierze z karabinami. Alfredowi śniło się, a sen był bardzo wyraźny, że obudził się, by zapaść w kolejny sen. Nie wiedział, skąd w tym śnie nagle się znalazł, dopiero co był w łóżku, jeszcze czuł ciepło Wery. Żal przeszył jego serce, chciał wrócić. W tym nowym śnie wszedł na schody prowadzące na strych i wyciągnął z ukrytej w spodniach kieszonki zaśniedziały klucz, który zabrał z zegara. Ostrożnie włożył go do zamka i przekręcił. Zamek zazgrzytał i kliknął, a drzwi uchyliły się. Zielone, zatęchłe powietrze wyległo przez szparę i spłynęło w dół po schodach. Zegar, stary Junghans, w ich mieszkaniu wybił siódmą, Alfred czekał na następny kurant, ale nie mógł go dosłyszeć. Za chwilę po schodach na strych kamienicy, ciężko dysząc, wbiegł żołnierz, minął Alfreda i pchnął drzwi. Położył się na podłodze, załadował magazynek do karabinu i przeładował. Rozejrzał się przez okienko rewizyjne u szczytu dachu na ulicę Raciborską, niechcący trącił blachę okapu. Zaczaił się.

— Zdążyłem — wyszeptał, odwracając się do drzwi. — Dobrze, że nie musiałem wyważać.

Poniżej, na gzymsie, w równych rzędach skupiły się w oczekiwaniu słoneczniki. Chwyciły się za ręce i ze zgrozą przyglądały temu, co zaraz miało nastąpić. Nieświadomy niczego właściciel kamienicy mieszkający na trzecim piętrze, ponaglany przez żonę, wywiesił hitlerowską flagę. Już miał odejść, gdy usłyszał metaliczny zgrzyt nad oknem.

— Co to? Gołębie? — Wychylił się, by zajrzeć do góry.

Jego żona też chciała zobaczyć nadjeżdżające wojska, ale gruby brzuch męża ją zniechęcił. Mężczyzna został w oknie z ręką gotową do przywitania wyzwolicieli. Flaga zwisała ciężko i niezdecydowanie. Rześki poranny wietrzyk zamarł w bezruchu, z nim wszystko inne trwało w chwilowym zawieszeniu, później miało już być inne. Później miało już miało być inaczej. Alfred wyłowił spośród wielu dźwięków ostatnie tyknięcie szalonego zegara, wybił szóstą, a już był spóźniony o piętnaście minut, potem stanął na zawsze. Właściciel kamienicy nie mógł usłyszeć bicia zegara, podobnie jak ukryty ponad nim żołnierz. Obaj słyszeli zbliżające się czołgi.

— Nowe idzie, przed nowym nie uciekniesz — powiedziała stojąca za nim żona.

— Wolałbym stare, to całkiem stare. — Oparł łokcie na parapecie.

Piwonie w zwieńczeniach gzymsu nad oknami wyglądały jak świeżo ścięte; różowe i bordowe zwiesiły głowy w oczekiwaniu. Nie to co wyprężone słoneczniki, pomiędzy którymi, jak na łące, odświętnie wybarwiła się na szarym tynku nimfa. W głębi mieszkania kochanków na ścianie wisiał bezużyteczny już zegar. Z ostatnim uderzeniem zaczął mienić się kolorami, po czym rozpadł się na miliony refleksów. Odłamki wfrunęły do sypialni i przeistoczyły w kolorowe owady. W drobnym zielonkawym pyle krążyły kolorowe motyle, muszki, pasikoniki i z rzadka ciężkie, a głośno warkoczące chrząszcze. Kłębiły się nad zmierzwioną pościelą ich pustego łóżka. Przenikały strumieniami przez okna sypialni — chrząszcze też, ale z wielkim trudem, prawie odkształcając gładką taflę szyby — wylatywały, by upstrzyć, napuszyć i ozdobić wianek nimfy, by zniknąć w koszyku pełnym polnych kwiatów zawieszonym na jej ramieniu. Kilka niebieskich kanarków uwolniło się z dwuwymiarowej przestrzeni fasady domu, zawirowało na niebie i rozpyliło na chodniku błękitny pył, zaraz spomiędzy płyt wykiełkowały różnokolorowe kształty.

Na strychu żołnierz przyłożył kolbę do ramienia i wycelował. „Za daleko jeszcze”, ocenił. Za jego plecami coś przemknęło, usłyszał jakiś szelest czy trzepot skrzydeł wysoko pod dachem między belkami. Odwrócił się, lecz niczego nie zauważył, nie miał czasu, żeby lepiej sprawdzić. Czekał, starannie ułożony, wpasowany w broń. Alfred położył się obok żołnierza. Obserwował jego skupioną twarz, niebieski kanarek usiadł na gzymsie za oknem, za nim zbliżały się czołgi. Z wieżyczki pierwszego wyglądał oficer w czarnym polowym mundurze, na czapce błysnęła mała metalowa wrona. W nią właśnie wycelował polski żołnierz. Zacisnął zęby i wystrzelił. Głowa czołgisty pękła jak balon, następne kule trafiły innych, siedzących na tanku i idących obok — raz, dwa, trzy, cztery i pięć. Strzelec wyciągnął zamek z karabinu i wrzucił go do wnęki w podłodze. Zeskoczył z drabiny. Alfreda zajmowało już co innego: kilka serii z karabinów uderzyło w dach, dziurawiąc poszycie na wylot. Później odezwał się ciężki karabin maszynowy z czołgu, z którego wieżyczki zdjęto ciało dowódcy. Kule zrywały połacie blachy dachowej. Niżej rozbijały mur miejscami na wylot, roztrzaskiwały naręcza piwonii i łamały wątłe ciała słoneczników. Nimfa nie była na linii ognia, lecz serie raz po raz sięgały strumieni owadów i ptaków, które zmieszane ze skruszonym pyłem rozpraszały się w promieniach porannego słońca. Dalej poniósł je tumanami wystraszony nagłymi wybuchami wiatr. Hitlerowską flagę trafił pocisk w sam środek znaku szczęścia. Rozdarte cztery ramiona rozpadły się na dwoje.

Żołnierz przez nikogo niezauważony przemknął przez podwórko, dotarł do ulicy Wiejskiej — która już za niedługo miała się nazywać Dorfstrasse — przeszedł przez most nad rzeką i łatwo zniknął w tłumie oczekujących na wmarsz najeźdźców, mających już niedługo stać się dla jednych wyzwolicielami, dla innych okrutnymi okupantami. Alfred zszedł niżej, z mieszkania wybiegła okrwawiona kobieta. Wszedł tam, pod roztrzaskanym oknem leżało zmasakrowane ciało otyłego mężczyzny. Znał go dobrze, wiedział, kim jest, to z jego powodu cofnął czas. Zbliżył się ze zgrozą. Kupa mięsa, krwi i czegoś fioletowego w podartym ubraniu.

— Czy to jest jeszcze sen? — zapytał, spoglądając w lustro trzydrzwiowej szafy, jedynego ocalałego mebla w zdewastowanym pokoju. W głębi lustra rozpoznał siebie, jakiego pamiętał jako kilkuletniego dzieciaka, młodzieńca i dorosłego mężczyznę, bez widocznej zmiany wzrostu, a na końcu przygarbionego starca z laską, w futrzanej czapce i palcie. Obrazy następowały po sobie, powtarzały się.

— To nie sen — usłyszał.

— A co? — zapytał Alfred nieco zaskoczony czyjąś obecnością.

— Dla mnie koszmar.

— Ja myślę!

— Kim jesteś?

— Nie pamiętasz mnie?

Właściciel kamienicy stanął obok niego w lustrze i pokręcił głową.

— Jak możesz mnie nie pamiętać? Jestem Alfred, mąż Wery, na którego doniosłeś do bezpieki. Teraz już sobie przypominasz?

— Nie — odpowiedział bez przekonania.

— A Werę pamiętasz? Wziąłeś ją sobie jak rzecz. Zamknąłeś ją w piwnicy, złamałeś…, zmarnowałeś życie — wykrzyczał łamiącym się głosem.

— Teraz to wszystko jedno — uśmiechnął się szyderczo. — A co tu robisz?

— Pilnuję swoich spraw. Teraz, kiedy nie żyjesz, wszystko ułoży się inaczej.

— Albo nie.

— Albo nie — potwierdził i odszedł sprzed lustra. Obszedł ciało leżące pod rozbitym oknem, wyjrzał za nie. Na Raciborskiej wisiały czerwono-czarne flagi. Od rynku słychać było wiwaty, okrzyki i dźwięki orkiestry. — A ty co? Za wcześnie wywiesiłeś flagę?

— Nie uda ci się — niezrażony szyderstwem odparł tamten.

— Co?

— To twoje odwracanie czasu.

— Może tak, może nie. Ale satysfakcja pozostaje — wskazał leżące na podłodze ciało.

Krzysztof Wacławiec (ur. 1971 r. w Rybniku) — pisarz, z zawodu ekonomista. Mieszka w Rybniku. Publikował m.in. w: „Czasie Literatury”, „e-eleWatorze”, „eleWatorze”, „Epei”, „Polu”, „Stronie Czynnej”, „Tekstualiach” i „Twórczości”. Laureat konkursu „Jednoaktówka po śląsku” za sztukę Poetka (2024). Wydał powieść W Pasie Oriona (2026)

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści