Skip to content

MACIEJ KOWALSKI

wycinki dziennika. 8 [Zamość 2025]

 

18 września

Budzę się ok. godz. 06.27. Do alarmu już nie zapadam w głębszy sen. Nastawiłem trochę wcześniej, na godz. 7.20. Szybkie i nieco oszczędniejsze śniadanie. Jem mniej, aby nie mieć problemów w trakcie podróży. Siedzę wyjątkowo przy ścianie. Potem pakuję się szybko, przez ok. pół godziny. Udaje mi się chwila po 9. zadzwonić do hotelu w Zamościu (77) i, zgodnie z prośbą wyrażoną w potwierdzeniu rezerwacji, określić orientacyjnie godzinę przyjazdu. Na szczęście jest telefon.

Wychodzę ok. godz. 9.16. Idę jeden przystanek, do Sitarskiej/Poleskiej. Tam wsiadam do autobusu linii 22. Wykorzystuję drugi, ostatni bilet. Podjeżdżam na św. Rocha. Przechodzę podziemnym przejściem, lekko zakręcającym. Sprawdzam miejsce odjazdu mojego pociągu (Leśmian — wspaniałe wiersze) do Warszawy. Wracam jeszcze na dworzec, aby kupić butelkę wody. Trasa jest krótka i mija bez przeszkód.

Na dworcu wschodnim płacę kartą 4 zł za toaletę. Siedzę od strony Kijowskiej (na tej pętli, na wprost Jamnika, byłem już kiedyś; zdaje się, że jechałem gdzieś na peryferia prawego brzegu, może Olesin) w części restauracyjnej. W Caffè Nero biorę dużą americano z mlekiem i siedzę od ok. godz. 12.30, niecałą godzinę. Wysyłam K. zdj. I. M. fot. kawy. Spoglądam sobie niespiesznie i dokładnie na dworzec autobusowy po lewej stronie. Na koniec biorę jeszcze wrapa w Coście — z kurczakiem, serem cheddar i szpinakiem. Wszystko mają tutaj ze szpinakiem. Pociąg Zamojski do Lublina odjeżdża z peronu 5, toru 5. Jem na peronie. Bardzo smaczne.

Ten kurs (jako jedyny, jak wynika z biletu) mam w przedziałowym wagonie. Na moim miejscu siedzi już jakiś facet, ale od razu mi ustępuje. Przede mną Ukrainka. Dobrze mówi po polsku. Spoglądam, jak mijamy: Marysin, Anin, Falenicę i Radość. Mijamy Wawer i wjeżdżamy do Michalina. Nie czytam, spoglądam tylko na widoki za oknem. Drugi etap — dojeżdżam do Lublina Głównego. Tam sprawdzam, gdzie jest peron 1b, tor 54, z którego odchodzi regionalny do Zamościa. Znów idę do toalety, ale tu już nie ma terminala. Pani za to rozmienia mi ze stówy! Mówi, że są w trakcie wprowadzania tego. Przedłuża się, bo problemy z zasięgiem. Wychodzę przed dworzec. Znajomy widok sprzed dwóch lat! Byłem tutaj, wówczas jeszcze miałem inną pracę. Zaskoczenie. Budynek, którego nie było wcześniej. Idę uliczką, boczną, majową, do księgarni. Pamiętam, że tu jest. Okazuje się, że zamknięta. Nie wiem, z jakiego powodu.

Dwaj młodzi mężczyźni (jeden trzyma opróżnioną w trzech czwartych butelkę ginu) siedzą na ławce i mówią o pociągu do Zamościa z Lublina. Aha, więc oni też jadą w moim kierunku. Wracam. Zdążam jeszcze wypić sok grejpfrutowy oraz zjeść talerz ogórkowej w restauracji dworcowej. Godz. 16.30. Wsiadam do pociągu. Nieco ponad dwie godziny, regio. Zupełnie inne warunki i siedziska. Moi panowie wysiadają w Zawadzie. Obserwuję, jak wsiadają do samochodu znajomego, który na nich czeka.

Do Zamościa podjeżdżam zgodnie z planem — godz. 18.48. Zasieki drogowe, więc wychodzę nieco bokiem. Idę, zgodnie z wcześniej zaobserwowanym, satelitarnym Google Maps, spacerem. Szczerbcowa — Podgroble — Królowej Jadwigi — Pereca. Jestem już na Rynku Solnym. Stąd w Zamenhofa. Docieram do hotelu (który nazywa się Club 77, co mnie myli). 20 minut spaceru. Załatwiam swój pobyt w recepcji. W pokoju biorę szybką kąpiel oczyszczającą, odświeżającą. Hotel klimatyczny, dużo przestrzeni. Korytarze i drzwi do pokojów przypominają te z Lśnienia Kubricka.

Wychodzę jeszcze na starówkę. Docieram na Rynek Główny, którego widok zapiera dech w piersiach (zwłaszcza ratusz). Duże wrażenie. Nawet o tej porze. Robię zdjęcia i pod urokiem wysyłam momentalnie do K., D., ojca i matki. Ciekawe, czy za dnia też to wygląda równie wspaniale. Spacer wstępny, nieco krótki, bo jestem bardzo głodny i postanawiam jeszcze gdzieś usiąść. Pada na Romę, włoski lokal, niedaleko mojego hotelu. Jest do 22.00. Teraz godz. 20.44. Biorę diavolę (33 cm pizza!) z ostrym salami i karafkę 500 ml białego wina. Pani mnie zwiodła, że mogę siedzieć do końca. Wyprasza mnie 20 minut wcześniej. Dopijam spokojnie wino i wstawiony spaceruję jeszcze po zabytkowych uliczkach, oświetlonych i nasyconych dziejami. Ludzi mało, pojedyncze grupki, błąkające się po tym historycznym labiryncie. Po powrocie do hotelu słucham jeszcze nowego komentarza Lisa o Nawrockim oraz zaczynam Sitnicką i Szczęśniak — ich komentarz do wydarzeń politycznych. Potem Szwagierkolaska i piosenki. Idę spać ok. godz. 00.44. Trzy godziny minęło od posiłku. Miasto magiczne! Zobaczymy, czy utrzymuje klimat za dnia.

 

19 września

Po przebudzeniu czuję ciśnienie. Na śniadaniu pojawiam się ok. godz. 7.50 (choć zapisałem się wczoraj na 7.30). Pani (jak się potem okazuje — Renia) już czeka. Spodziewa się mnie. Biorę 6 kawałków ciepłej kiełbaski (pokrojonej na drobne), jajecznicę, plastry pomidora, ogórka. Na koniec filiżanka kawy, trzy miętowe, kawałek ciasta śliwkowego (pyszne!). Po powrocie czytam 20 stron Słyka! Drugi raz gorąco z powodu ciśnienia. Trochę daje mi się we znaki wczorajsze wino.

Wychodzę godz. 12.40 — drugi wstępny spacer po starówce, za dnia. Zapoznaję się z miastem. Wstępuję do Księgarni na Solnym, która okazuje się bardzo ciekawie i bogato zaopatrzona. Odnajduję (wczoraj po ciemku zlokalizowany) Spacer po Zamościu. Widzę też Przewodnik po Roztoczu, książkę Sykes o neandertalczykach, Watały o sodomii (!!!) oraz Łańcuch śmierci Wieczorkiewicza, nowe wydanie. Kupuję tylko Spacer po Zamościu. Obchodzę jeszcze starówkę od strony kościoła św. Katarzyny, ale wracam szybko do hotelu. Opisy praktyk starożytnej pederastii. Bardzo przekonujące. Intensywne doznania. Dobre pióro. Zaczynam też słuchać nowego Rozjazdu. Po 14., bliżej 15., znów wychodzę. Muszę się ogarnąć.

Spacer ul. Piłsudskiego. W drogę, przed siebie. W miasto. Przechodzę obok Klubu Garnizonowego i pomnika z drugiej strony. Potem dalej. Piękny kościół za centrum handlowym, a przy Szwedzkiej i Topolowej — cmentarz jeńców sowieckich. Niebo ciemnieje. W drodze powrotnej, na poczcie, przy Akacjowej, kupuję trzy znaczki, lokalną gazetę oraz jedną pocztówkę. Panie za mną, i przede mną, uśmiechają się. Chyba mają świadomość, że nie jestem stąd. Wracając, wstępuję do chińskiego centrum handlowego z myślą, że może znajdę coś ciekawego dla siebie. Nic nie kupuję. Dochodzę do domu czynszowego i szpitala św. Mikołaja. Robię zdjęcia. Następnie idę Peowiaków (cmentarz, nie odnajduję belwederki, ale dostrzegam za to mural z Leśmianem — wspaniałe wiersze), Prostą (Pomnik Żydowskich Ofiar Hitleryzmu) oraz gen. Orlicz-Dreszera i Partyzantów. Za Skwerem Powstania Zamojskiego oraz Sendłaka wracam na starówkę. Do hotelu — lawirując. Trochę odpoczywam, słucham piosenek. Po 18. idę na obiadokolację. Zgodnie z sugestią C. zasiadam w Bohemie i zamawiam piróg biłgorajski. Jest to tak obrzydliwe i mdłe, że myślałem, że zwymiotuję. Plus jeszcze to zsiadłe mleko. Danie nie dla mnie. Duży kufel herbaty rozgrzewającej (bez rumu). W radiu m.in. Animalsi ze swoim coverem i Elvis. Wieczorem znów mi gorąco. Dzisiaj nie piłem.

Maciej Kowalski (ur. w 1989 r. w Szczecinie) – doktor nauk humanistycznych, dziennikarz, historyk, nauczyciel. Studiował filologię polską na Uniwersytecie Szczecińskim. Był związany z Muzeum Narodowym oraz LO im. Sybiraków w SSF. Autor kilkudziesięciu tekstów: artykułów popularnonaukowych, esejów, omówień i opowiadań. Współredaktor i sekretarz serii monograficznej Film. Historia i konteksty. Publikował m.in. w „Polish Biographical Studies” oraz „Szczecińskich Studiach Archiwalno-Historycznych”.

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści