Skip to content

PAWEŁ ALBO POCZYTALION

Lipiec ‘26

 

1.

Fotografie. Powieść rzeka z dopływami Janusza Andermana — wybór jego opowieści publikowanych na łamach „Gazety Wyborczej” w latach 1998-2010 — to książka prawdziwie ogromna. Blisko 700 stron dużego formatu! Ale czytający ma dużą frajdę. Bo te bardzo czasem osobiste wspominki — zrodzone podczas przeglądania starych zdjęć — to proza tyleż trafna w oglądzie ukazanej rzeczywistości (m. in. tej późnego PRL-u), co z charakterem — inteligentna i dowcipna.

A że teksty — krótkie opowiadanka — ułożone są chronologicznie, zgodnie z duchem czasu i narracji, najpierw — skądinąd dość długo — mamy tu do czynienia z humorem czarnym (a może raczej szarym à la PRL lat 70.-80.) — potem zaś z tak wielobarwnym jak — pardon — rzygowiny po alkoholach. Coraz droższych. Jako że etyl późnego PRL-u bywał siermiężny (Vistula, piwo marki piwo i wszelkiej nazwy bełty), a w III RP stał się już szlachetnie krajowy oraz cudzoziemski (whisky).

Środowiskowe to wspominki — głównie ze świata literatury i filmu — więc na ogół smacznie (i niesmacznie) obyczajowe, natomiast z czasem w ten czas coraz bardzie zaangażowane, społeczno-polityczne przede wszystkim.

Stety i niestety. Bo Anderman, we wcześniejszych latach głównie prozaik — trochę spod znaku Marka Nowakowskiego, trochę Himilsbacha, a i Hłaski — im bliżej współczesności, tym już bardziej felietonista. Jako prozaik jest ciekawszy literacko (zwarty język, modelowany na peerelowską nowomowę i knajacko-uliczną gwarę, pobrzmiewa tu i tam poetycko), choć uboższy jako obserwator — w jego peerelowskich obrazkach rojno od MO i UB (jakby codzienność bez tych dwóch organów była nie dość brutalna i śmieszna zarazem), co ukazuje skromny wycinek tamtego świata; a jako felietonista celniejszy może w swoich rozpoznaniach i diagnozach — wyszydzających polską tromtadrację i skłonność do patosu przy równoczesnej, ciemnogrodzkiej mentalności — lecz przesadnie napuszony; tym razem za wiele tu groteski (budowanej na wymyśleniach i zasłyszeniach raczej niż doświadczeniach własnych), a za mało sugestywnego i celnego skrótu, który nie potrzebuje nadmiaru wniosków czy elokwentnych puent.

Niezbyt mi się też podobało, że w miarę, jak wgłębiałem się w Fotografie…, tym mniej ich było, tych rzeczywistych, odnalezionych, a choćby tylko sfingowanych jako rzeczywiste na użytek pisania Fotografii... Bo ów zabieg stylistyczny (oglądam zapomniane zdjęcia i wspominam okoliczności ich powstania), dzięki któremu mógł Anderman wychodzić od jakiegoś konkretu zmetaforyzowanego przez upływ czasu (a zdjęcia z przeszłości zawsze są przeszłości zapisem, ale bywają też zarazem metaforą), by tworzyć łączące się z nim historie, to dobry pomysł na tak pomyślaną całość. Ale kiedy autor zostaje przy pomyśle, a rezygnuje z fotograficznego konkretu, może wprawdzie pisać o wszystkim, lecz mniej mu się wierzy.

Tak czy owak Fotografie… to książka ważna, bo poprzez rodzajowy szczegół ukazująca niepokojąco trafny ogół, całkiem spory kawał naszej współczesnej historii (słowo „kawał” ma prawo w tym miejscu zabrzmieć dwuznacznie), a przy tym atrakcyjna. Co nie dziwi, bo napisana przez pisarza wyczulonego na czas i obdarzonego świetnym językowym słuchem, a dalekiego zarówno od „styropianowych” stereotypów (choć wiele tu o bojownikach Solidarności), jak i naiwności w opisie nowego, lepszego świata III RP u progu UE.

O książce tak obszernej można by zresztą pisać wiele, bo wątków w niej mnóstwo, ale krótko też trzeba umieć. O czym świadczy, niestety, tekst na skrzydełku, który ma do lektury zachęcać, a zniechęca. Bo nieporadny, jakby go dziecko napisało. Na dodatek dziecko PRL-u. Zabawny niezamierzenie (chyba). Jako że trudno mi sobie wyobrazić, iż celowo komiczny i nieudolny zarazem, co miałoby być parodią pustego, a nadętego języka tego typu skrzydełkowej noty. Byłby to zresztą zamiar tyleż śmiały, co ryzykownie mylący.

Czytam oto: „Przywoływane anegdoty stanowią pretekst do poruszania problemów nękających społeczeństwo PRL-u, takich jak: alkoholizm, emigracja, alienacja, opresja polityczna czy propaganda”. No, no, ładny zestaw, myślę sobie. Zakłopotany nieco, bo Anderman nie szuka „pretekstów”, by ukazać „problemy”, a społeczeństwo PRL-u portretuje, owszem, ale czyni to (na ogół) za pomocą modeli ze swojego, artystyczno-literackiego otoczenia. Więc to nie tyle społeczeństwo z Fotografii… się wyłania, ile tegoż otoczenia „alkoholizm, alienacja, emigracja”. Choć prawda, że jako karykatura ostra, to zarazem — z daleka — melancholią owiana.

Dalej jest niby à propos, ale jak!: „Zebranie wszystkich tych tekstów w jednym tomie pozwala zaobserwować zmieniającą się na przestrzeni lat diagnozę środowiska, w którym obracał się autor”. Rany, Julek! Obracał się autor? Przecież on sam tego środowiska członkiem, reprezentantem był! Natomiast „zebranie tekstów w jednym tomie” nie tyle „zmieniającą się na przestrzeni lat diagnozę środowiska” pozwala zaobserwować, ale owo środowisko właśnie! Obserwowaniem „diagnozy” (dokonanej wszak przez Andermana) zajmą się raczej czytelnicy i krytycy!

I jeszcze dalej czytam: „Anderman obnaża zakulisowe życie ówczesnego towarzystwa literackiego”. Ludzie, „obnażać zakulisowego” się nie da! Bo przecież zakulisowe. A obnażanie tyczy tego, co przy odsłoniętej kurtynie. Poza tym: jak to — obnaża? Przecież o tych sprawach wiadomo było dość powszechnie. Już w PRL-u. Więc trzydzieści lat z hakiem po (po PRL-u) nie jest to już żadne obnażanie.

I jeszcze ta urocza puenta skrzydełkowego (skrzydlatego?) anonsu, który ma zachęcać do lektury: „Dzięki temu książka stanowi swoisty manifest pamięci”. No, doprawdy! „Manifest pamięci”! Słowa jak dzwon, tymczasem pisarz — żeby nas obudzić — w dzwon Zygmunta nie uderza, już raczej stuka nożem w kieliszek.

A to bynajmniej nie „manifest”. Bardziej toast. Pożegnalny. Dla pewnej epoki. Na jej cześć i na pohybel.

[Janusz Anderman, Fotografie. Powieść rzeka z dopływami, Słowo — Obraz — Terytoria, Gdańsk 2026]

 

2.

O tym, że jednym z najpopularniejszych pisarzy współczesnych jest w Polsce Milan Kundera, świadczy choćby fakt, że przygotowana przez Wydawnictwo W.A.B. edycja jego dzieł zebranych — a jest to blisko dwadzieścia powieści i tomów z esejami — w charakterystycznych, czarno-białych okładkach, na których grafiki stworzono z wielkich liter jego nazwiska — cieszy się dużym powodzeniem na rynku zdominowanym przez literaturę łatwą, lekką i przyjemną (choć w praktyce gówniano-kryminalno-babską). Chociaż zdecydowana większość z nich była już u nas wydana, i to czasem niejeden raz, bo pierwotnie w tzw. drugim obiegu. Wznowienia w cyklu przygotowanym przez W.A.B. mają wprawdzie w większości nowe przekłady, ale trwałego powodzenia prozy Kundery w Polsce bynajmniej to nie tłumaczy.

Wygląda więc raczej na to, że jest ono efektem kilku czynników, wśród których to, że Kundera jest pisarzem czeskim, liczy się akurat najmniej. A może nawet stanowi przeszkodę dla jego popularności u polskiego czytelnika. Czechy w literaturze kojarzą się nam powszechnie przecież z Haškiem głównie, a ukazana przezeń postawa wojaka Szwejka — uważana przez nas za typowo czeską — nie wpływa dobrze na polską recepcję; wolimy bohaterów w typie Kmicica i patriotyczne wzloty (zapewne tym bardziej, im bardziej nam samym do nich daleko), tudzież upadki (zwłaszcza gdy nam do nich blisko). Niechętnie też przyjmujemy do wiadomości, że i sami Czesi za Szwejkiem nie przepadają, nie bez powodu widząc w nim nie tyle wzór pacyfisty, ile nieprzyjazny swej kulturze i historii stereotyp. Dużo bardziej cenią Hrabala czy Havla, natomiast Kunderę — najpopularniejszego i najbardziej cenionego czeskiego pisarza, nie tylko w Polsce, ale i w całej Europie — cenią, ale… nie lubią.

Dlaczego? Na to właśnie pytanie stara się odpowiedzieć Aleksander Kaczorowski — bohemista i tłumacz literatury czeskiej, autor kilku znakomitych biografii, ostatnio: Izaaka Babla, a poza wspomnianymi już wyżej Czechami także Oty Pavla (tego od Śmierci pięknych saren) — w swojej najnowszej książce Milan Kundera. Życie za zasłoną. Sądzę, że książka będzie kupowana chętnie.

Atrakcyjnie wydany tom — z atrakcyjnym zdjęciem Kundery — jako „twardego” faceta z papierosem — na równie twardej okładce — reklamowany jest przecież przez wydawcę jako „biografia jednego z najwybitniejszych pisarzy XX wieku, który nie doczekał się Nobla”. I jest to zdanie w zasadzie zgodne z prawdą. Kundera to pisarz wybitny, bo jak rzadko który z dzisiejszych tuzów, dopracował się własnego języka oraz stylu, a na Nobla zasłużył na pewno (zwłaszcza że nagroda owa trafiała w jego czasach do rąk pośledniejszych od niego autorów). Zdanie to więc słuszne, tyle że już u podstaw niezbyt precyzyjne. Bo książka Kaczorowskiego nie jest typową biografią; owszem — opowiada o życiu Kundery, począwszy od jego urodzin aż do śmierci, a przy okazji o jego dziele, lecz bliżej jej do biograficznego eseju, a nawet swoistej publicystyki, niż do biografii sensu stricto

Jako że głównymi tematami — dla których życiorys Kundery bywa punktem wyjścia — są tu: a) los współczesnego pisarza czeskiego (może nawet czechosłowackiego) w ogóle; b) sytuacja pisarza-twórcy z Europy Środkowej (której Kundera był w dużej mierze nowym „odkrywcą” i admiratorem) na tle przemian politycznych po II wojnie światowej i nowej Wiośnie Ludów z lat 1989/1990.

Więcej bowiem poświęca Kaczorowski uwagi życiowym i twórczym wyborom swojego bohatera — przypomnijmy: przez większą część życia mieszkającego we Francji i piszącego… po francusku (w przeciwieństwie do naszych tuzów emigracyjnej literatury — Mrożka czy Miłosza — piszących prawie wyłącznie po polsku) — niż — jak to bywa klasycznych biografiach — jego młodości, latom nauki czy szczegółom życia osobistego. Dla zwolenników biografii tradycyjnej może to być mniej atrakcyjne od — przykładowo — wymieniania ulubionych potraw czy detali z alkowy bohatera (choć i tu nie brak pikantnych drobiazgów; był w końcu Kundera kobieciarzem, a Kaczorowski potrafi ten szczegół wpleść w analizę jego prozy), lecz dla pełnego zrozumienia autora Żartu i Nieznośnej lekkości bytu jest chyba właściwsze. Choć Kaczorowski raczej pyta, niż udziela jednoznacznych odpowiedzi. A ma o co pytać i warto się nad jego pytaniami zastanowić.

Również w polskim kontekście, bo typowe u nas umiłowanie pisarzy-emigrantów — jako tych, co się PRL-u wyparli i walczyli z nim dzielnie, acz z oddali — w Czechach nie jest popularne. Ba, nasi południowi sąsiedzi właśnie dlatego nie lubią Kundery-emigranta. Chociaż mają mu za złe nie tyle to, że wyjechał — według nich: wyniósł się wygodnie, a nawet uciekł z kraju, gdzie mu się dobrze żyło i tworzyło — ile to, że nie chciał potem do niego wrócić (nawet wtedy, gdy tam już znormalniało), by się zmierzyć z nowymi wyzwaniami, ale i swoją przeszłością. Pisarza może nie tyle ugodowego czy zaprzedanego władzy, ile niezbyt w relacjach z nią odważnego, no i czerpiącego profity z faktu, że się jej nie narażał. Nie biorąc na przykład udziału w różnego rodzaju protestach swojego środowiska i nie angażując się bezpośrednio w politykę. Ale jeszcze bardziej dlatego chyba, że wyjeżdżając, zakłamał Kundera (ich zdaniem) swój życiorys i egzystował na Zachodzie jako dysydent, zmuszony do emigracji przez dybiących nań komunistów.

Nieprawda, mówią Czesi, stworzył tylko taką legendę, wygodną dla siebie, a krzywdzącą tych, którzy z władzą walczyli naprawdę, czasem płacąc za to życiem (vide: Hrabal), czasem więzieniem (Havel), a nie dość zostali docenieni przez świat. Bo cały światowy (również polski) splendor wziął na siebie on, Milan Kundera — były komunista, oportunista, a na dodatek… donosiciel (w czasach młodości wprawdzie, ale jednak; może to zresztą nieprawda, ale… jednak… coś było na rzeczy).

Czy to osąd sprawiedliwy? I do jakiego stopnia uczciwy (bo wynikły również z zawiści, że właśnie jemu się tak powiodło)? Nie wiem. Kaczorowski nie stawia kropek nad i. Całe szczęście. Choć podczas lektury miałem chwilami wrażenie, iż choć powołuje się na różnego rodzaju źródła, nie stara się dociekać ich istoty, a już zwłaszcza ostatecznej „prawdy”, a w efekcie — nie podejmuje się własnego osądu. Może szkoda (przydałyby się tu paralele do losów wielu polskich pisarzy, mocno umoczonych w PRL, a będących potem sztandarem demokratycznej opozycji), lecz mimo wszystko wolę chyba zostać przy jego (Kaczorowskiego) i swoich wątpliwościach, gdyż perspektywa, z której patrzę na życie i dzieło autora Walca pożegnalnego czy Zdradzonych testamentów, jest ciekawsza, otwarta na refleksję.

A tej wymaga już nie tylko sama biografia czeskiego twórcy (bardzo podkreślającego swoje morawskie pochodzenie, szalenie plebejskie ponoć, więc gorsze od typowo praskiego), ale i jego pisarstwo. Na pewno mniej „bojowe”, ale za to znakomicie przetwarzające totalitarne doświadczenia pisarza z „demoludów” z wolnościowo-liberalnymi tradycjami Zachodu. W których Kundera świetnie się odnalazł — jako uczeń Diderota, admirator Cervantesa oraz wielkich rosyjskich powieściopisarzy (uwaga: nie znosił tylko Dostojewskiego!).

Po lekturze książki Kaczorowskiego, książki Kundery czyta się z niemniejszą przyjemnością niż przed lekturą jego biografii. Ich eseistyczno-ironiczno-refleksyjny, gawędziarski styl to miód na serce współczesnego polskiego czytelnika, który powoli już zapomina czym jest (była) dobra współczesna, w naturalny sposób nowoczesna, literatura. Nie ulega jednak kwestii, że biografia autorstwa Kaczorowskiego daje czytelnikom Kundery dodatkowy kluczyk interpretacyjny. Sporo bowiem rzeczy wyjaśnia, na wiele uczula. A tym, którzy zakochali się kiedyś (albo zakochają teraz) w Kundery popularnym wizerunku — twardego gościa, doświadczonego życiem, wypalającym się mu jak papieros w ustach, ukaże też inny wizerunek pisarza — młodego, ambitnego człowieka z kraju socjalistycznego, który najpierw wybrał idee, więc pisał o bohaterskich komunistach, ale i poety (a jako poeta był w swoim kraju wielce uznawany) oraz człowieka po prostu, którego owalna, dość przeciętna twarz z młodości miała się jeszcze nijak do tych przeoranych szlachetną i mądrą zmarszczką rysów z okładki jego najnowszej biografii. Takiego Kunderę też warto poznać, żeby w pełni go zrozumieć. I choć niekoniecznie polubić, to może tym bardziej docenić.

[Aleksander Kaczorowski, Milan Kundera. Życie za zasłoną, Wydawnictwo Muza, Warszawa 2026]

Paweł Albo Poczytalion (ur. w 1965 r. w przysiółku Szczecin Dąbiego) — z wykształcenia ornitolog. Mieszał w Kantucky i Bismarck (Niemcy), dziś: Niezbyt Dobra koło Szczecina. Miłośnik starej Broni (imię psa, dokładniej: suki). Publikował w prasie krajowej, polonijnej, milenijnej i codziennej („Głos Louisville”, „Głos Pomorze”, „Kurier Szczeciny”), magazynach poświęconych niezdrowemu żywieniu („Piwariat”) i pismach literackich (m.in.: „Czas Chałtury”, „Nestor”, „Wsypa”, „Faza”, „Kwartalnik Artystyczno-Krytykancki”). Wydał m.in. wiersze i epitety Życie skocznikiem (2007), powieść ontologiczną Wandalizm. Motyw kobiecego samobójstwa w poezji współczesnej (2013) oraz wszystkie oszczędności z konta dolarowego w PKO S.A.

aktualności     o e-eleWatorze     aktualny numer     archiwum     spotkania     media     autorzy e-eleWatora     bibliografia     

wydawca     kontakt     polityka prywatności     copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved

zachodniopomorski miesięcznik literacki e-eleWator

copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved

Przejdź do treści