PAWEŁ NOWAKOWSKI
Ł1
Ł-o matko, ł-opatko, opacie i ty, papieżu Jolu. Oto streszczenie, zgodnie z zarządzeniem postanowienia z dnia i godziny, na papierze o gramatyzacji 60., z pieczarką i własnorękawistycznym podpasem:
Wstałem z rana, z wczorajszą raną po cięciu rynny zamiast rury deszczynkowej, z zakrwawionym rękawem kucharskim do wyciskania kremu z kiwi na drogie ciasto drożdżowawe, o które zahaczyłem w nocy, podczas somnambulicznego przemieszczania się po komnacie dylematów i liczeniu buli od tyłu, i naważyłem se kawiszcza z mleczami, na otrzepanie się z krwinek i posennych musztardyjazji. Obmyłem oczowzgórki ciepłościowym wodowiszczem z mydlinami i wypisuaryzowałem zapotrzebowanie na przelanie czegoś z niczego w próżnicę autorytetu, patrząc na przelew z rozrzewnieniem, wspominając starodawne papierowe bankowe przelewy, niczym cień kołujących pterodaktyli wyzwalających pod- i nadciśnienie deszczoidalne, a nawet burzotwórcze, w przyjemnej domowej atmosferze, gdy ciepły i prawilgotny eter styka się z chłodnym przyjęciem na dworze, wśród trzepaków i opróżnionych zapaskudzeniem wiadrowych przestrzeni.
Potem było wygimnastycznie. Paluch prawej stopy wsadziłem w oba otwory kichawy i wywarłem średni pressing na przeciwstawniku, anihilując pół wszechświata, a drugie pół dzieląc na trzy części: środkową lewą, środkową w środku i środkową z brzusznej i środkowej partii półtuszy śliwowicy. Zrobiłem sześć skośnych nożyc, siedem pajacyklińskich podskoków i siedemnaście przysiadów na sąsiadów do policji, bo codziennie czytali na głosy Flinstonów Trąd, a ja żem chciał pounikać chorobliwych powikłań, zwłaszcza że nie lubiłem powikłań, tak jak tego asymetrycznego konia: okonia z nocnej Warty, wpadającej do Odrazy, zupełnie bez meritum. Spocone łapy wytarłem ręcznikiem kuchennym, typowym wyposażeniem współczesnych łaźni, a pachy wypchałem silikonowym [a może akrylowym] wypełniaczem, typowym wyposażeniem współczesnych murarzów i tynkarzów.
I już mogłem zabierać się za obieranie pieczywistości z obskórkowania, a maślankowości ze sła. Wiadomo, pomidrazje trzeba obrać z montezumejskiego plastiku, a kapuszczacci z czarcich włosowatych zgnilizn i ślimatykowatych obrzeży. Dobrze jest kiełbaskowość wyprostować, a majonezowość podkręcić na wyższe taktowanie [na przykład siedem ósmych] lub zwiększyć poziom na wyższe stadium, ale w pionie. Wszystko to razem zdruzgotałem do wyspecjalizowanego pojemnika, zaprojektowanego przez jedną z najlepszych dziewiętnastowiecznych dizajnerek, panią Henrykę van de Vafell, nazywanego na cześć projektantki rezerwuarem H. Wymieszałem, przyprawiłem i szybko wchłonąłem paszę, bo nie lubię nikomu niepotrzebnej papierowej witkuałotwórczości. Tym bardziej że czekała mnie twórczość liternicza. Też nikomu niepotrzebna, ale zawsze można się połudzić i poobiecywać ego czego tam duszność zapragnie, fałszując statystyki albo przemilczając kwalifikalność, a nominacyjność przemieniając w finalizację.
Miałem zamówienie od siebie, tylko z innego szczebla, bo robię na poróżnionych mniemaniach, w różnorakich konfiguracjach i spotykam się od czasownika do czasokręgu, czasem się nie rozumiejąc, a czasem przenikając bez słowotwórswta, w co sam nie jestem w stanie uwierzyć, raz, bo mi się nie chce, dwa, bo nie umim, trzy, bo nie robiła tego profesjonalna fabryka, tylko byle jaka manufaktura, jak za króla Świeczki.
Tematem była łąka i jej psia zdatność do spacerownictwa albo kocykowa odporność na wypoczywalność strudzonych dezinformatorów, a wiadomo, że nic tak nie zużywa lokomotyw jak prawdziwe kłamstwo, faktonalność wyssana z zawilgoconego tynkalizmem kciuka, kit okienny, co lubi pływać, czy humbug [przez „ó” otwarte — głupota Rady Językonaciągaczy ze stolnicy], jak reklama z katalogu darmowych przywar. Czy to powinien być świerszcz, czy prozatorium, nie miałem przekonania, więc zadzwoniłem do Ślepego Wojtka, on zawsze miał na podorędziu oręż i pręgierz. Po wyczerpujących pytaniach i odpowiedziach o zdrowium, pogotywność, niechciane seksualne incydenty, opowieściach o mainstreamowych wazeliniarzach i recenzjach ich elukubracjnych inkunabułów, napisanych przez nieślubnych fastrygantów amatroszczyzny, doznałem oświecywalności. To powinien być porywający za grdykę esej, z twardymi dowodami osobistycznymi, gdzie prowokatura nie znajdzie czarnej dziury, partykularz nabierze wszechpotęgi, a grabie się załamią w najmniej spodziewanej nanosekundzie.
I wybiła godzilla zdziesiątkowana.
Jeśli chodzi o porankowość, więcej grzybów nie pamiętam.
Paweł Nowakowski — ani swat, ani chwast.
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved