PIOTR MICHAŁOWSKI
Strażnik domowego ogniska. 1
1.
Obudził się w zupełnej ciszy i myśl pochwycona z pierwszym oddechem wybrzmiała podejrzliwie: coś nie tak. Przeczucie było niejasne jak sypialnia wisząca w niepewnym półmroku na pograniczu snu i świtu.
Codziennie budziło go huczenie. Ciężkie jak nalot bombowca, ale jednostajne. Inne niż ze śmieciarki, która parę sekund monotonnego syku urozmaicała grzmotem przełykania zawartości kontenera, beknięciem dinozaura konsumującego ciężkostrawne paprocie. Nie, ten odgłos był jednostajny i może obiektywnie cichszy, a jednak bardziej nieznośny, bo dobiegał z bliska, zza rezonujących drzwi łazienki za narożnikiem ściany. Nie był to również odkurzacz, bo ten szumi, pogwizdując w niskich rejestrach, a niekiedy zachłystując się jakimś większym rarytasem wyssanym z dywanu. Nie, tak brzmiała jedynie suszarka do włosów. A jeśli stamtąd, to musiało być na pewno przed siódmą, bo zwykle właśnie o tej zwariowanej porze odbywała się akcja suszenia włosów. Dawniej z tego powodu się wkurzał, potem już tylko nieśmiało protestował, aż w końcu skapitulował i zaczął ów szum oswajać. I prawie się z nim pogodził. Tylko czasem powracało dalekim echem nieistotne już pytanie: dlaczego rano? A jeśli już koniecznie, to po cholerę świtem bladym, gdy normalni ludzie lubią pospać? Zamiast budzika?
Był to niezmienny poranny rytuał Sary, którego sensu nigdy nie pojął. Po co robić to codziennie, czy to nie przesada? Jeśli nie obsesja, natręctwo ruchowe, to na pewno higieniczna nadgorliwość. On mycie głowy traktował jak zło konieczne i wystarczało robić to raz na tydzień, czasem częściej lub rzadziej, bo owszem, zdarzało się zapomnieć, ale nie wyznaczał sobie stałego rytmu ani dnia tygodnia. Ot, zwyczajnie, od przypadku do przypadku, jeśli poczuł, że coś nie tak, że swędzenie, łupież albo przepocenie, to sobie przypominał, i kiedy miał wolny kwadrans, to zaraz moczył głowę, wyciskał na dłoń kapkę tego lub tamtego szamponu, wcierał ciach-ciach, parę razy wkoło, parę po bokach, z przodu i z tyłu, z palcami rozwartymi i złączonymi, spłukiwał, ręcznik wchłaniał z grubsza, resztę suszarką szu-szu, po dziesięć razy na każdy odcinek w te i we w te, razem sześćdziesiąt, jeszcze poprawić wierzchołek i suche — w parę minut miał to dosłownie z głowy. Zresztą przeważnie łączył to z goleniem, które rozdzielało fazy pienienia od spłukiwania, żeby w tym czasie chemia szamponu zrobiła swoje, wtedy trwało to może pięć minut dłużej, ale za to załatwiał dwa w jednym. Na koniec ewentualnie grzebień, by nie sterczały, krótki luk w lustro i gotowe: komplet na wyjściowo. No tak, ale była różnica: obcinał się przecież na krótko, można powiedzieć: na nieco przerośniętego jeża.
Od pięciu lat powstrzymywał się od wypowiadania wątpliwości dotyczących suszenia, nie mówiąc o skargach, zażaleniach i wyrzutach, których zakazał sobie bezwzględnie. Na wszelki wypadek, by nie dać się sprowokować, stosował coraz ściślejszą autocenzurę, posuniętą aż do całkowitego milczenia na temat włosów, a zwłaszcza cotygodniowej bardziej rozbudowanej wieloetapowej procedury: mycia, farbowania odrostów, nakładania odżywki, płukania i wreszcie najgorszego: suszenia, które wieńczyło dwugodzinną ceremonię. Farby najwyżej śmierdziały, i to można było znieść, ale warkot, przypominający lądowanie helikoptera podczas burzy piaskowej powodował niezmiennie szczękościsk — powstrzymujący przed wyrażeniem gwałtownego protestu. Wytrzymywał, choć trudnym do skalkulowania kosztem psychicznym. Skutek uboczny był taki, że Sara błędnie uznała jego milczenie za bezwarunkową akceptację całej procedury i wdzięcząc się, zaczęła pytać o wciąż zmieniany kolor i nowe ułożenie fryzury, a wtedy musiał udawać, że te metamorfozy dostrzega i docenia efekty fryzjerskiej rewelacji i rewolucji, choć był słabym aktorem i dawno powinna była zauważyć, jak dalece obojętna jest mu różnica odcieni: bliższych kasztana albo wiewiórki. Owszem, nie mógł nie dostrzec tych śmielszych manifestacji sztuki fryzjerskiej, na przykład żółtego pasemka kontrastującego z ciemnym brązem — niby żyły złota znalezionej w kopalni w Bełchatowie. Kiedyś nawet spodobała się tak, że się nie opanował i spontanicznie wyraził pozytywne zaskoczenie. I to była wpadka. Wtedy ona tę jego nieostrożną, ale przecież zdawkową uwagę, wzięła od razu za komplement i jakby wdzięczna za dowód troski wypowiedziała swoje wieloznaczne „a widzisz!” — chyba nie rozumiejąc, że każdy zauważyłby zmianę tak rzucającą się w oczy. Z trudem nie podjął wątku i zmienił temat na neutralny, gdyż nie mógł wykluczyć, że ostatnie przemiany kolorystyczne obliczone były właśnie na prowokację, miały przełamać jego nieznośnie zauważalne zobojętnienie na jej fryzurę, a może w ogóle urodę? Niestety, narastało w nim przeczucie, które prędko tężało w pewność, że ona swój wygląd prostodusznie utożsamia z osobowością, więc ich związek zależy przede wszystkim od stopnia nasycenia karminu szminki i numeru na tubce L’Oréal. Kiedy to odkrył, poczuł dreszcz. Jeśli miał to być sygnał ostrzegawczy, to niestety okazał się mocno spóźniony.
A dziś? Obudził się jakoś samoczynnie i w zupełnej ciszy. Może paradoksalnie właśnie ta zmiana stała się bodźcem przebudzenia: brak szumu zastępującego budzik w sennym sekundniku, który minął swój stały punkt teleportacji na jawę? Prosto z Via del Corso wjechał do sypialni powitany ledwo widocznym konturem cienia doniczkowego papirusu. Nie znał tak cichego lądowania. Ani Alitalii, ani Easy Jeta, ani snu. Cisza. Miła niespodzianka i oczywista ulga. Zapowiada prolongatę podrózy i otwiera jeszcze cichsze zaułki, może nawet w dalekiej okolicy Via del Pellegrino albo nie odkrytą przepaść całkowitej ucieczki…
Nie, nie. Ponowne zanurzanie się w tak odległą oniryczność byłoby zbyt męczące; lepszy wydaje się pokój, zwłaszcza że nieoczekiwanie zyskał to drugie homonimiczne znaczenie, które zapowiada pozytywny przełom. Jeszcze ciemno wszędzie, głucho wszędzie, żadnego świtu, ledwie poświata, wyświetlająca misterny rysunek papirusu bez koloru, warto byłoby sprawdzić godzinę. Komórka daleko, poza zasięgiem ręki, więc trzeba wstać, a tak się nie chce. Jest, wystarczy nacisnąć, wyświetla jakiś durny obrazek z żyrafami na sawannie, słabo widać, bo na tle nieba. Tak, zgadza się: siódma zero cztery.
Powrót całkowity na jawę po jeszcze niestabilnej pionizacji ujawnia pierwsze typowe wady tego stanu skupienia: suchość warg błaga o wędrówkę do kuchennego wodopoju, a sklejone rzęsy, na szczęście jeszcze niemuszące odpierać natarcia światła, domagają się łazienki. No trudno, coś za coś, przecież się nie rozdwoję! Cena pokoju. Ale zupełnie inna niż w internetowych ofertach hoteli. Na razie na rzeczywistość składa się: krawędź stołu, otwarta książka ze sterczącym do góry grzbietem w zastępstwie zakładki, papirus i zielona plama sąsiedniej bliżej nierozpoznanej roślinności doniczkowej. W ograniczonym polu widzenia żadnej szklanki. Brak rekompensowany nieskazitelną wciąż ciszą… A! trzeba w porę wyciszyć komórkowy alarm, który, nie wiedzieć czemu, nastawiał na ósmą trzydzieści, a robił tak od lat z głupią nadzieją, że przetrzyma atak suszarki. Lepiej niech nie psuje ciszy tym durnym brzęczącym podrygiwaniem na blacie, nawet nie w takt wypluwanej melodyjki — półtanecznej i półżałobnej, która miała wprawdzie sprowokować skutecznie do powstania z pościeli, ale czyniła to w sposób jakoś idiotycznie podstępny. Chciał ją dawno zmienić, ale wciąż zapominał, może dlatego że w rywalizacji z suszarką przestała się liczyć. Ale teraz byłaby jedynym dystraktorem.
Zatem błoga cisza. Tymczasem konsumowana z rozkoszą. Gdyby otworzyć okno, zostałaby pewnie ozdobiona szmerem czułego powiewu, wprawdzie bez szumu na razie bezlistnych drzew, ale już z odgłosami ptactwa. Może. Ale bez przesady, lepiej nie ryzykować, a zresztą, tego spokoju nie trzeba nijak retuszować ani ozdabiać, jest samowystarczalny. A wargi — drobiazg, można tymczasem oblizać, nie trzeba nigdzie łazić. Tylko ten dziwny posmak, jakby wyniesiony z jakiejś taniej restauracji przy Barberini…
W zasadzie czuje się wypoczęty i zaczyna z sukcesem oswajać jawę, serio rozważając ewentualne zyski, jakie przynosi przebudzenie w zupełnie nowej edycji. Oswajać nową jawę. Ulepszoną. No, ostrożniej: w każdym razie na pewno inną, bo nadzieja bywa niemądra i zagrożona rozczarowaniem. Kiedy zdołał ułożyć wstępny krótkoterminowy harmonogram nowego poranka, musiało zazgrzytać pytanie: dlaczego? Skąd ta zmiana? Nagła zmiana! Początkowo nie było to pytanie, lecz wyraz irytacji, poprzedzony sążnistym przekleństwem. Ale gdzieś pod spodem już gasło głupie zadowolenie, dławione przezornym, a niejasnym niepokojem. Nie powiodła się próba zbagatelizowania dociekań genetycznych popularnymi formułkami w rodzaju: „czy to nie wszystko jedno?” i „co za różnica?”. Pytanie o przyczynę walczyło coraz rozpaczliwiej o swą istotność i powtarzało się wciąż dobitniej, aż było tak natrętne, że domagało się wręcz zapisu — choćby w powietrzu, ale rozstrzelanym drukiem: d l a c z e g o ?
Powstać. To na pewno punkt pierwszy. Bez tego nie ma żadnego dalej. Ale powoli. Prawa noga najpierw, wyłącznie dlatego, że bliżej krawędzi tapczanu, nie chodzi o przesąd ani przysłowie. I zaraz ciach, prosto w kapeć, prawie trafiony. Teraz druga, nieco oporniej. I obrót o 90 stopni, do pozycji siedzącej. Sukces! W nagrodę chwilę posiedzieć, odsapnąć i posmakować tej ciszy, byle nie za długo. Bo dalej trwa, nienaruszona tą nagłą akcją. Ostrożnie, żeby nie zepsuć, teraz nasłuchiwać… Żadnych kroków, szurań, bulgotów, skrzypień czy innych symptomów porannego życia. Niemożliwe! Jeszcze trochę poczekać w bezruchu. Nadal nic. Puste mieszkanie? Śpi ciągle w swej sypialni? Obawiał się każdej z ewentualności, jaką podpowiadał ten anormalny stan. A może to on śni tę dziwną ciszę jeszcze gdzieś w przedsionku jawy? Sprawdzić samouszczypnięciem? Nie, bzdura, to test dla idioty, który nie rozumie, że szczypanie można tak samo wyśnić, a więc nie stanowi dowodu.
Prysznic. Na koniec zimna woda z kranu na splecione dłonie i dwukrotny chlust na twarz. Jeszcze dla pewności zimna gąbka wyciśnięta na kark. Brrr… Zwykle ten poranny dreszcz otwierał dzień, sygnalizując dobitnie inaugurację jawy, i nie warto tego zmieniać, zwłaszcza gdy chodzi o przywrócenie zachwianego stanu elementarnej normalności… Już.
Ale jeszcze warto sprawdzić. Gdzie ta cholerna suszarka? Jest. Leży sobie w plastikowym koszyku, jak gdyby nigdy nic. Zimna, nieużywana. Ma ją teraz w ręku. Wprawdzie symbolicznie i zastępczo, ale poczuł władzę, jakby pokonał szefa mafii. Miał ją wprawdzie wciąż nieoswojoną, ale całkowicie poddaną jego woli, bo zależną od nieznacznego nacisku kciuka na klawisz, który w dowolnej chwili może wycie zarówno spowodować, jak je poskromić. Wielka czarna maszyna, która stała się teraz nagle unieszkodliwionym narzędziem seryjnej zbrodni. Po raz pierwszy doczekała się tak dokładnych oględzin. Gdyby przez rękawiczkę włożyć ją do woreczka foliowego jako dowód rzeczowy w rozprawie rozwodowej? Muszą być jej linie papilarne. Ale skąd wziąć taki woreczek, musiałby być naprawdę ogromny. A może w ogóle to jego pierwsze dotknięcie, bo używał innej, tej mniejszej, niebieskiej. Dojrzewała dziwna, może masochistyczna pokusa, by uruchomić na chwilę — jakby odhaczyć obligatoryjny sygnał poranka. Albo przywołanie właścicielki? Włożył wtyczkę, objął uchwyt, dość dobrze leżała w dłoni, ale chwilę się wahał, nim nacisnął wymacany klawisz. Zadudniło zaskakująco słabo, ale wystarczająco, by zagłuszyć obawę, że warcząc, wywołuje wilka z lasu. Ale jest suwak biegów: drugi i trzeci. Zawyło już głośniej. Każdy o nutę wyżej, niezły trójdźwięk, ale na najwyższym, z tak bliska, to dopiero szaleństwo! Że też gamoń konstruktor nie dodał tłumika! Wystarczy. W skrócie, ale hejnał poranny zaliczony.
Teraz śniadanie? Jeszcze nie, przedtem najpierw sprawdzić mieszkanie, kąt po kącie. Wprawdzie, gdyby gdzieś mogła się ukryć, pewnie zareagowałaby na sygnał dźwiękowy — zapewne agresją, bo było to naruszenie niepisanego prawa o wyłączności użytkowania jej sprzętu. Tu nie ma, tu nie ma, salon bezludny, kuchnia też. Ale zaraz, w jej sypialni coś nie tak. To może dać jakąś odpowiedź, a raczej podpowiedź, bo nie wprost, jedynie symptomy coś mówią, choć niejednoznacznie: owszem, pościel schowana, kapa wygładzona, koc bez najmniejszej fałdy… tylko szafa otwarta na oścież — jakby po to, by pokazać wybebeszone wnętrze: w połowie puste półki i ogołocone z ciuchów druciane wieszaki.
Trudno w to uwierzyć, ale nie ma innego wyjścia, choć wzbrania się przed wyciągnięciem jedynego możliwego wniosku, który musiałby albo z patosem wykrzyczeć, albo zapisać rozstrzelanym wersalikiem: W Y N I O S Ł A S I Ę!
Dwusekundowy dreszcz z góry na dół był trudny do rozpoznania. Piorun ulgi? Trochę oksymoroniczne. Niemniej, powoli pierwsze doznania poranka układają się łańcuch skojarzeń spojony niezależną logiką: suszarka — susza w ustach — pustynia — pustka — samotność! Ale zaraz coś, jakby w reakcji na hurraoptymistyczną wykładnię, pojawia się odśrodkowe ssanie, sprawiające, że czuje się jak przebita opona, z której uchodzi powietrze. Nieoczekiwanie spada skądś do głowy, jak przypadkowe nasienie samosiejki, korekta tej głupiej ulgi i kiełkuje w niej zgięta w niepokojący znak zapytania, który jak wąż boa dusi najbardziej elementarne pytanie: co jest grane? Co, do licha, znaczy ta niezapowiedziana wyprowadzka? A chodzi nie tyle o samo odejście, które od dawna było do przewidzenia, więc w końcu nastąpić musiało, ile o sposób wykonania. A było przewidywalne i wisiało nad nimi od co najmniej roku. Podobnie oswoił się z hasłem „rozwód”, które powracało jak lejtmotyw ich karlejących dialogów, ostatnio już ograniczonych do minimum komunikacji, wymuszonej sytuacyjną pragmatyką codzienności. Więc w końcu stało się to, co musiało, i tyle. Wprawdzie nie wiadomo dokładnie, czemu właśnie teraz i co było przyczyną bezpośrednią, ową kroplą przepełniającą… Więc jednak ulga, że już, że nareszcie, i rozładowanie całego napięcia dłużącego się latami „sprzed”, może nieodczuwalnego w jakimś rozrzedzeniu, którego toksyczność ujawnił dopiero aktualny finał.
Ulgę mąciło coś innego: nie motywacja lecz podejrzany tryb zdarzenia, a raczej — metoda, bo wykluczył przypadkowość osobliwej formy zniknięcia. Właśnie: nie była to ucieczka ani emigracja, ani nawet normalne „porzucenie” czy porządne „rozstanie”. Odbyło się to dyskretnie i po cichu, a więc zupełnie nie w jej stylu! Przede wszystkim: czemu zrezygnowała z porannego alarmu, który byłby idealnym zwiastunem burzy i zarazem świetnie dopasowaną uwerturą? Przecież wiedziała dobrze, jak go obudzić, by potem dowalić i dobić krzykiem, a słowne awantury przećwiczyła z nim również nie raz i zwykle w nich wygrywała, a więc z pewnością miałaby perfekcyjnie opracowany scenariusz i na tę okazję. Wyobraził sobie prawdopodobny przebieg akcji. Jak by ją rozegrała? Zapewne melodramatycznie, a nawet operowo, jeśli nie arią imitującego płacz sopranu tragicznego, to przynajmniej efektami wizualnymi. Na przykład: ciuchy przelatują mu nad głową, sztuka po sztuce, malowniczą parabolą, na przemian z prawej i lewej, bezbłędnie trafiając w paszczę otwartej torby: suknie, spodnie, a zwłaszcza gacie i biustonosze, z których ostatni zahaczyłby o jego jeżowatą fryzurę i przywarł do twarzy jak maska…
Czemu odpuściła? Zrezygnowała z tak mocnych akordów — jak najbardziej odpowiednich sytuacyjnie, niczym kropka wbita pod zamaszystą kreską kończącego wszystko wykrzyknika? Z niejasnego powodu wyniosła się cichcem i zapewne nie przypadkiem odstąpiła od suszarkowego budzika… a więc i od mycia głowy? To całkiem nie w jej stylu. To tak, jakby przepraszała, że w ogóle tu mieszkała przez ostatnie lata…
Niby lepiej, niewątpliwie lepiej, bo wreszcie cicho. Ale przez to i pusto. Przynajmniej na razie, bo przecież może coś jeszcze się wydarzyć, więc lepiej nie cieszyć się na zapas. Tymczasem jednak należy tę ciszę oswajać, co nie powinno sprawiać kłopotu. Pierwsze godziny będą z pewnością odprężające. A potem? Potem zobaczy się… potem.
Pierwsze samotne śniadanie. Łatwizna, już parę razy to przerabiał. Lodówka wprawdzie pustawa, ale wystarczy. Może być trudniej z obiadem, ale też się coś wykombinuje, o, są nawet dwa jajka i jakiś ochłap niezidentyfikowanego mięsa. Może być, ale jutro koniecznie zakupy. Zjeść, zaparzyć mocną kawę, jednym słowem spokojnie konsumować ten spokój, ten podarunek nieoczekiwany i zapewne wręczony nieintencjonalnie… Może podstępny niby koń trojański? I przeżyć pierwszy dzień wolności możliwie racjonalnie: coś obejrzeć, coś poczytać… A przede wszystkim: najdłużej jak się da, abstrahować od nieobecności Sary, bo jasne, że całkowicie zapomnieć się nie da.
Samotność bywa zbawienna i parokrotnie udawało się ją dobrze zagospodarować, można powiedzieć nawet, że udało się funkcjonalnie „umeblować” czas. Ba, bywała nieraz twórcza. Zwłaszcza wtedy, gdy ekran laptopa zdołał zastąpić całą resztę zewnętrznego świata i rozkwitał tak długo, aż przed wieczorem zaczął doskwierać głód, przypominając, że cały dzień przeleciał w aktywności na Facebooku i na czczo, nie licząc kawy. Ale zdarzyło się to tylko parę razy i dawno. Tamte samotności zresztą miały inny charakter, były przerwami o z grubsza przewidywalnej długości. Ta będzie… nieskończona. Wena aktywności internetowej dawno go opuściła, zresztą pyskówki i pomruki na forach i w social mediach przestały inspirować do bardziej pomysłowych wpisów, a jeśli udał się niebanalny, to grzązł w niezrozumieniu. Dlatego zrezygnował z udziału w tym żałosnym cyrku, początkowo sądząc, że będzie to najbardziej radykalny bunt, i chciał na koniec odpalić jakąś bombę, ale prędko zrozumiał, że nikt nawet nie zauważy wybuchu, a jeśli nawet, to nie zrozumie sensu manifestacji i nie odnotuje nagłej absencji jednego internauty. A przecież nieobecność bywa znacząca — jak w przypadku… Sary. Ciiii! — przecież miał o niej nie myśleć.
Nie wiedział więc, czym się zająć po wyczerpaniu czynności obligatoryjnych i rutynowych. Na pewno nie internet, z tym koniec, chociaż nie widać niczego na zastępstwo. Niełatwo będzie zagospodarować podarowaną nagle wieczność, bo dojrzewało w nim nie tyle przeczucie, ile jakaś nieuzasadniona pewność, że Sara nie wróci już n i g d y, że odeszła n a z a w s z e, choć wątpił w te wielkie kwantyfikatory i denotacje pojęć absolutnych. No właśnie: te „rozstrzelane” słowa, które wymawia się skandując albo cedząc z wytrzeszczem oczu, imiesłów brzmi makabrycznie, kojarzony raczej z egzekucją niż z typografią. I to właśnie te słowa nie pozwolą zapomnieć, wymazać, zresetować. One, desantem rozmnażającym się w locie, całkowicie skolonizują jego głowę. Wypełnią jakąś pustką nienormalną — brakiem, nieobecnością, której przybywać będzie z każdym dniem, a może godziną. Jeśli pustki może oksymoronicznie „przybywać”, albo może ona cokolwiek „wypełniać”?
Zgoda, sterylne niemyślenie o Sarze z góry skazane jest na porażkę. Nawet jeśli zatrzeć wszystkie pozostawione przez nią ślady fizyczne — jak te niewidzialne odciski na suszarce. Łazienka! Właśnie, sprawdźmy tam jeszcze dokładnie: żadnej szczoteczki, grzebyczka, spineczki, „krokodylka”, flakonika, pędzelka — zabrała wszystko. No proszę, zniknięcie niby nagłe, a jak przygotowane! Wygląda na premedytację. Swoją drogą talent, wygrałaby casting do zbrodni doskonałej w konkurencji „zacieranie śladów”. Acha, mam: został jednak zapach Channel w sypialni. Trudny do śledczego „zabezpieczenia”, ale przecież materialny. Otworzył okno, by wywiało. Ale podmuch okazał się zbyt silny, bo z biurka stoczył się ołówek z sześciokątnym turkotem, coś tam się przewróciło i pofrunął jakiś papier… Nieistotne, ważne, że zapach usunięty. Można powiedzieć, że osiągnął niemal „pełnię pustki”, choć stuprocentowej się nie da. Przynajmniej w sferze materii postrzegalnej zmysłami, a więc powierzchniowo. Na gruntowne porządki jeszcze przyjdzie czas, chociaż niekoniecznie, bo nigdy nie lubił sprzątać. Najwyżej gdzieś został jakiś włos lub rzęsa, ale ogólnie czysto, jeśli chodzi o ślady. Na razie wystarczy.
cdn.
Piotr Michałowski (ur. w 1955 r. w Bydgoszczy) — poeta, eseista, literaturoznawca, krytyk literacki i teatralny. Mieszka w Szczecinie. Nominowany do Nagrody Literackiej „Jantar” (2021). Ostatnio wydał tomy wierszy: Głosem prawie cudzym. Z poezji okołokonferencyjnej (2004), Rytmy, albo wiersze na czas (2007), Pierwowzory i echa. Od Kochanowskiego do Barańczaka (2009), Cisza na planie (2011), Dzień jest wierszem, świat kolorem (2021); poemat: Zaginiony w kreacji (2018); zbiór opowiadań Światy równoległe (2022), powieść Urbs ex nihilo. Raport z porzuconego miasta (2024) oraz książki naukowe: Granice poezji i poezja bez granic (2001, 2003), Głosy, formy, światy. Warianty poezji nowoczesnej (2008), Mikrokosmos wiersza. Interpretacje poezji współczesnej (2012), Narożnikowo, centralnie, pogranicznie. Szkice szczecińskie i europejskie (2014), Z narożnika mapy (2017).
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved