JAN DRZEŻDŻON
Błazny. 1
Dzień już ustał i zdawać by się mogło, że ludzie poszli spać. Zasłonięte okna i wystające na ulicach suknie w kwiaty czyniły wrażenie nieistnienia. Świat ten rzeczywiście nie istniał, ale zdarzyło się to wiele, wiele lat temu. Rozpętała się wojna pomiędzy krawcem Igiełką i szewcem Dratewką. Chodziły słuchy, że w nocnych ciemnościach, na środku miasta, na skrzyżowaniu ulic, obaj wzajemnie się całowali. Goś takiego? Bezpośrednio potem miasto zostało zbombardowane i, jak twierdzą naoczni świadkowie ukryci w piwnicach, lawiny ognia zrzucano z nieba wprost na śpiących i uciekających mieszkańców. Na domiar złego brak było jakiegokolwiek kronikarza. Zaczęto się więc energicznie rozglądać za takim odpowiednim dziejopisem. Niestety, nikogo nie znaleziono. Należało więc przeszkolić pierwszego lepszego mieszkańca piwnicy, aby się rozejrzał po mieście i opisał zaistniałe wydarzenia.
Stróżów jest za mało, szeptano po kątach. Należałoby wysłać do nieba patrol w celu zdobycia informacji na temat dalszego bombardowania. Wysłano Jana i Teresę, aby szli i się pospieszyli, ponieważ do nieba daleko, a tu głód i szczury. W pewnym momencie zauważono, że stuletni dąb, który wyrósł w mieście.
Go z tym dębem, pytano, lecz o odpowiedź było bardzo trudno. Niektórzy sądzili, że stał się cud, ponieważ biskupowi przechodzącemu przez miasto ze świętymi sakramentami spadła bomba na głowę i w związku z tym zaszło podejrzenie, czy taki sam los nie spotkał nieszczęsnego dębu. To działo się wiele, wiele lat temu, ponieważ dziś śladu nie ma po tym mieście, nawet nie wiadomo, gdzie ono dokładnie było. Ale nasze domysły na temat jego przeszłości mogą być prawdziwe.
Zwołano na naradę zegarmistrzów, aby orzekli, czy ten czas jest trwały, czy tylko chwilowy. Dwóm zegarmistrzom pękły czaszki od nadmiaru wątpliwości, a inni zaczęli kłamać jak najęci, że oni z tym nie mają nic wspólnego, bo z powodu zbombardowania ich warsztatów są bezsilni. Ukarano chytrych zegarmistrzów chłostą, a ich żonom podano do wiadomości, że awansowali do stopnia starszych męczenników. Żony były dumne i pomiędzy sobą głośno na te tematy rozprawiały. Nad ranem, gdy łuny pożarów nieco pogasły, znaleźli się w mieście nieznani przybysze. Zrewidowano ich i okazało się, że mieli ukryte pod bluzami pistolety maszynowe. Co za pech!
Maria i Salomea poszły rano do grobu, gdzie złożono wczoraj wieczorem boga, lecz anioł powiedział im, aby szły z powrotem, ponieważ grób jest pusty. Namaściły więc jednego z mężów, który był zajęty intensywną pogonią za wrogiem. Bo za sto lat nie będzie nas, śpiewały Maria i Salomea wspólnie. Zrodziły się nam dzieci z pierwszej matki, z drugiej matki i z trzeciej matki. Jedna z bomb wyrwała drzwi świeżo wybielonego baru, a tablica z napisem „flaki na wynos” zawisła na jednym jedynym gwoździu bardzo mocno wbitym w ścianę. Działo się to wszystko bardzo dawno temu, teraz z tego miasta nie pozostał żaden ślad. Dwóch wariatów, którzy zgłosili się na ochotnika do wojska, twierdziło, jakoby widzieli pod dębem miasto z pannami, które śpiewały kołysanki smętne i rzewne. Ostrymi ćwiczeniami z wielokrotnie powtarzanymi „padnij, powstań” wybito tym dwóm z głowy obraz z dębem i pannami. Niektórzy byli zdania, że trzeba ich powiesić, lecz wtedy wtrącił się bardzo mądry przełożony, który rzekł, że to nie jest zgodne z regulaminem wojskowym.
Wtedy zdarzyła się rzecz niepojęta, mająca pewien związek z miastem, które podobno istniało. Oto Jan z Teresą przynieśli wieść osobliwą, mianowicie że zabrakło pilotów, bombowców i kapitanów, którzy by kierowali atakiem. Miasto kupiło im upominki. Teresie dwie czerwone wstążki, a Janowi sztuczne zęby. Potem narwano róż, aby przyozdobić trumnę, w której spoczną po śmierci. Jan na wszelki wypadek zaczął pisać pamiętniki, a Teresa ukradkiem wrzucała je do pieca. Na szczęście został o tym powiadomiony naczelnik poczty, który zawiadomił najwyższy urząd bezpieczeństwa, i Jan otrzymał naganę za marnotrawstwo papieru, a Teresę oskarżono o świadome ukrywanie przestępstwa. To zdarzenie mogło się wiązać z ogólną podwyżką cen sztucznych zębów. Sprowadzono lekarza, który miał wskrzesić z martwych całe miasto, lecz zadanie okazało się ponad jego siły. Wykręcał się, że nie ma ze sobą pomocnika, który podczas reanimacji dmuchał umarłemu prosto w nos. Formuła dotycząca natchnienia duchem świętym brzmiała: „O, panie, wstań! O, panie, wstań! O, panie, wstań!”.
Kiedy wszyscy w mieście kupili sobie gumowe buty, wówczas spadł rzęsisty deszcz, niemal ulewa, która zgasiła resztki pożarów i obmyła zwłoki ludzkie z krwi. Do piwnicy leciało strugą i zacząłem zapychać wszelkie dziury naokoło gruzem i betonowymi odłamkami. Nie mogłem się doprosić pana prezesa, żeby załatwił mi murowaną piwnicę, ponieważ ulewa moje słowa zagłuszyła. Nie wnoszę pretensji, wołałem, ani do pana prezesa, ani do jego małżonki, niemniej jestem cały mokry i z tym się nie zgadzam. Podanie, które wysłałem w sprawie piwnicy zostało załatwione odmownie. Może pan prezes już nie żyje? Bombardowanie było bardzo ciężkie i mogło coś panu prezesowi spaść na głowę. Gdyby tak było, żądam odpisu aktu zgonu.
Kto da więcej? On przyniósł dwa złote na zreperowanie chorągwi. Kto da więcej? Przestało padać, miasto spalone. Tak, myślę na dnie piwnicy, której wyjście zostało zasypane. Dziś Teresa potknęła się na ulicy i wysypała naokoło wszystkie pierniki. To musi mieć związek z tamtym, nieistniejącym miastem. To może mieć związek z jego pożarem i deszczem, który tam spadł.
Zdarzyło się pewnej damie, że prowadziła syna. Ale syn! Ale syn, wołały głosem wielkim baby. Potem gwiazda zaczęła spadać coraz niżej i niżej, aż dotknęła jego czaszki czerwonej i dumnej, jakby był na ołtarzu. Ale z ołtarza spędzano akurat szczura tłustego, który go chciał ugryźć ze złości. Odbyło się polowanie niebieskie, zakończone całkowita porażką pilotów, którzy zaczęli mieć wyrzuty sumienia.
Wydostałem głowę z leja po okrutnej strudze deszczu i zobaczyłem dziwny świat. Na cichej polanie wznosił się zamek z cegły czerwonej i ze złotymi wieżyczkami. Tam musi mieszkać poeta, pomyślałem, i jakby w odpowiedzi dał się słyszeć głos spod rozłożystego dębu, który ocieniał cały dziedziniec zamkowy: tak, to prawda, tu mieszka poeta. Kupiłem ci konika drewnianego, rzekłem, lecz odpowiedzi na te słowa nie było. Czyżby to był szczątek naszego miasta, jąłem pytać poetę, lecz słowa moje minęły bez echa.
Ktoś przyniósł kwiaty i zostawił na ulicy. Nie były adresowane do nikogo. Przecież nie można mówić temu panu, bo ten pan jest plotkarzem znanym w całym mieście, takie krążyły opinie o kimś. Gdy postawiłem moją stopę na polanie, dał się słyszeć w całym zamku piękny śpiew, jakby chóry aniołów wzbiły się ponad złotymi wieżyczkami zamku.
Czyż wolno tam wejść, mnie, rozbitkowi ze spalonego miasta? A jeżeli poeta zechce ofiarować mi swoją koronę, jakże ją włożę na spopielone skronie? Jak będę reprezentować moje miasto bez niczyjej pomocy? Wchodzę w świat, jaki istnieje w gminnej baśni, tylko tronu nie widzę. Jest poeta. Jakie długie, srebrne kimono niesie na ramionach. On ma usta boskie i dłonie uwite z mgieł i wichrów. Moja pieśń może zostawić bolesne piętno na jego czole, ponieważ składa się ona z tamtej kamiennej ulewy i dzisiejszych ryków przekupek handlujących kwiatami. Na pana wpłynęło zażalenie, rzekł poeta, zarzucają panu, że opowieść o spalonym mieście to brednie, a to dlatego, że nie jest możliwe, aby się pan sam jedynie uratował. Miałem znajomego lotnika, odparłem, i tym sposobem nie zrzucono mi bomby na głowę. A gdzie pan mieszkał podczas tych nalotów?, spytałem poetę. Wsparł się o marmurowy filar i zdawać się mogło, iż rozmawia z kimś, lecz ani za filarem, ani z boku nikogo nie było.
Zbudowałem ten zamek własnymi rękami, rzekł poeta, dobierając materiał tak, aby pociski mogły przezeń przeszywać bez śladu. Siedziałem podczas pożogi pańskiego miasta w fotelu, oglądając przez okno tę iluminację. Schroniło się u mnie bardzo wielu ludzi, lecz padają już z głodu, gdyż niestety nie mam dla nich pożywienia. To dziwne, rzekłem, jest pan więc egoistą, sam utuczony, niby wieprz, a biedni ludzie ze spalonego miasta umierają. Mylisz się panie, odparł poeta, patrząc w zamyśleniu na moją szarą, spopielałą twarz. Przynoszą mi ptaki niebieskie kroplę rosy co dzień i tym żyję, jak widzisz, dostatnio.
Urwała się rozmowa z poetą, bo nadeszły czasy nowe, gdy Jan z Teresą naprawili już swoją kuźnię i zaczęli wypuszczać z niej stróżów o mosiężnych udach i z lampami zapalonymi w rękach.
Twój świat się skończył, rzekł poeta, co będziesz teraz robił?
Nauczę się grać na katarynce, odparłem, i będę śpiewał do końca dni moich o spalonym mieście, które pan widział w ogniu. Zostawiłem tam swój adres, rzekł poeta. Nie wiedziałem gdzie i nie śmiałem go pytać, ponieważ, zajął się wyplataniem korony z liści dębowych, którą usiłował włożyć mi na głowę. Niestety, panie, odrzekłem, zostałem spalony razem z innymi, a ten obraz, który wieńczysz, jest wynikiem, twojej wyobraźni. Niby jesteś poetą, a wieńczysz nie swoją głowę. Wydaje mi się nawet, że ten pożar zaistniał jedynie w tym oto zamku i czyż nie był to czasem płomień, który wybuchał z wież tych spiczastych o zachodzie sczerwieniałego słońca. A ty sam wspaniały, nadworny poeto, czyś nie powstał z tych płomieni tu żarliwych. W każdym razie mój własny obraz wydaje się tu być zupełnie niedorzeczny. Stawiasz czaszkę moją na jednej z wież, tej najwyższej i najwspanialszej. A nie chciałbyś z niej pić wina, dotykałbym wówczas twoich warg moim czerepem rubasznym, nabywając cierpliwości właściwej skałom i górom lodowym. Jan jeszcze nie zamknął kuźni. Teresa uciekła od niego w góry. Co to się na tym świecie dzieje.
W dzisiejsze, majowe święto pani urodziła pana i stało się to na górze, hen, na górze. Ta pani nic nie wiedziała o moim spalonym mieście, podobnie jak urodzony świeżo pan tego się nawet nie domyślał. Ta pani urodziła pana, ojojoj. Co to będzie? Co to będzie? Zasłońcie okna, ponieważ przez ulice przejdą moi spaleni ziomkowie, jak mary, jak mary. Dokąd pan się wynosi, poeto, opuszczać taki piękny zamek i polanę z dębem, brakuje ci tylko pasterki, którą byś ozdobił śmiechem nadwornego błazna. Chodzimy więc przez las drogą, ty w szatach z mgły i wichrów, a ja z popiołu, obaj nieco nadwyrężeni na zdrowiu, pospieszymy do Teresy aby nam ugotowała kluski lub upiekła placek pszenny. Tirala.
Zostanie pan tu na noc?, spytał poeta, gdy światła już pogasły i zarówno zamek jak dąb znikły z jakiegokolwiek pola widzenia.
Czyż wiersze jego zdolne są rozproszyć ciemności, pomyślałem melancholijnie. Czy Jan z Teresą słyszą naszą rozmowę w tym zamku? Dzwony już skończyły swój koncert uroczysty i zostały zatopione w jeziorze. Czy słowo tego błazna w srebrnym kimonie wydobędzie ich echo z głębin tych wieczornych? Poszedł z pewnością do kuźni, gdzie w ogniu drżącym będzie usiłował odczytać losy spalonego miasta. Zobaczy tam spopielałe oczy Teresy i krwawy zachód słońca, z którego lud wróży nieszczęście. Będę go więc tu zastępował, w tym pałacu, na wypadek, gdyby przyszła Cyganka albo zbliżał się nalot. Ukryłbym wieżyczki w mchu, a komnaty w samym sercu góry lodowej. Potem zaprosiłbym najlepszych organistów, którzy na cztery ręce zagraliby pieśń o ziemi naszej. Świat by zapytał: dokąd idziemy z tym pogrzebem? To jest tylko maskarada, odpowiedzielibyśmy.
Tymczasem zegary stacyjne wskazywały już godzinę ósmą rano. Wielkie powstało zamieszanie wśród kobiet, ponieważ chciały być koniecznie policzone, niestety statek, który wiózł maszynę do liczenia, zatonął.
Ależ państwo macie piękne kożuchy, jakby podbite barankiem wielkanocnym. Proszę chwilę zaczekać, zaraz odbędzie się ceremonia zaślubin Tereny i Jana, poeta w tej chwili układa tekst pieśni weselnej. Będziecie mogli wino pić i wodę studzienną z rozpuszczonym w niej księżycem.
Wyprowadziłem konie z mojej stajni, są udekorowane różami i czerwonymi wstążkami. Karetę wysłałem leśnym oddechem i skrawkami tęczy zeszłorocznej. Będzie ślub na szczytach góry lodowej albo we wsi pośród nocy, w ciszy, by nie mącić snu nikomu. Obecny będzie tylko stróż z latarnią. Kiedy nabożeństwo będzie się przeciągać, wówczas przyjdzie żona stróża z plackami pszennymi i położy każdemu pachnący kołacz na kolanach. Potem stróż razem z żoną wykąpią się w wielkiej misie z wodą świeconą, parskając i śmiejąc się do rozpuku. Żarty się pana trzymają, powie poeta. Ależ nie, zaprzeczę, to jest przecież rytualne oczyszczenie, ty lepiej o tym wiesz ode mnie, jako wesołek ponury. Masz może kawałek chleba z masłem, odbylibyśmy cud ze święceniem i śpiewaniem gloria, gloria.
Poeta został na zawsze skazany na uśmiech, rzekła Teresa i podniosła kielich do swoich ust, które uprzednio wielokrotnie całował kowal. Stróż może zastąpić poetę przy tej ceremonii.
Wszystko to odbywało się na drodze wiejskiej w pobliżu jeziora, gdzie spoczywały głęboko na dnie dzwony, które już swój czas miniony ozdobiły dzwonieniem perłowym i głuchym. Stróż opowiadał, że za sto lat usłyszy je cała okolica i wtedy padnie wielka zaraza na ludzi. Słowa stróża były przerażające.
cdn.
Jan Drzeżdżon (ur. w 1937 r. w Domatowie, zm. w 1992 r. w Gdańsku) — prozaik, poeta, literaturoznawca, autor książek dla dzieci. Stypendysta Fundacji Kościuszkowskiej (1973). Laureat wielu nagród, m.in. Nagrody im. Wilhelma Macha (1975), Nagrody im. Stanisława Piętaka (1976), Nagrody Związku Literatów Polskich (1977), Nagrody Gdańskiego Towarzystwa Przyjaciół Sztuki (1991). Uhonorowany „Medalem Stolema” (1983). Tworzył w języku polskim i kaszubskim. Wydał m.in. po kaszubsku tomy poezji: Sklaniané pôcorë (1974), Przëszlë do mie (1993), a także prozę: W niedzielni wieczór (1974), Dzwónnik (1979), Na niwach (1991), Twarz Smętka (1993), Kòl Biélawë (1997); po polsku książki dla dzieci: Tajemnica bursztynowej szkatułki (1977), Kraina Patalonków (1978, 1985), Poszukiwania (1980, 1986), Wśród ludzi (1981, 1988), książki krytycznoliterackie: Piętno Smętka (1973), Współczesna literatura kaszubska 1945-1980 (1986) oraz opowiadania i powieści: Upiory (1975), Oczy diabła (1976), Leśna Dąbrowa (1977), Okrucieństwo czasu (1977), Wieczność i miłość (1977), Rozkosze miłości (1981), Karamoro (1983), Miasto automatów (1984), Twarz Boga (1984), Twarz lodowca (1986), Złoty pałacyk (1990), Czerwony Dwór (1992). Po jego śmierci ukazały się niewydane wcześniej powieści: Szary człowiek (1993), Michał Drzymała albo tragedia narodowa (2007), Pergamonia (2016), Szalona Monika (2017), Rotardania (2025), tomy baśni: Baśnie (2012), Gwiezdny chłopiec i inne baśnie (2023) oraz tom wierszy Łąka wiecznego istnienia (2012).
aktualności o e-eleWatorze aktualny numer archiwum spotkania media autorzy e-eleWatora bibliografia
wydawca kontakt polityka prywatności copyright © 2023 – 2026 e-eleWator . all rights reserved
copyright © 2023 – 2026 e-eleWator
all rights reserved